Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.

(Johann Wolfgang Goethe)

W 2010 roku zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Z kobiety aktywnej zawodowo stałam się osobą niepełnosprawną z czterokończynowym niedowładem. Każdy dzień to dla mnie walka o tę część sprawności, która mi pozostała. Dewiza Karola V „PLUS ULTRA” (Wciąż dalej) jest moim mottem. Tylko dzięki Wam mogę iść wciąż dalej, podnosić się po każdej stoczonej bitwie i pisać – właśnie dla Was.

APEL

czwartek, 22 grudnia 2016

Życzenia Świąteczne


Niechaj magiczna moc Wigilijnego Wieczoru przyniesie Wam spokój, szczęście i radość.

Niechaj każda chwila Świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem i obdaruje każdego z Was zdrowiem, spokojem i wszelką pomyślnością.

Niechaj nadchodzący Nowy Rok przyniesie zdrowie, szczęście, pomyślność, dobrobyt i pokój.


niedziela, 11 grudnia 2016

Noc czarownic i święto światła - zwyczaje

NOC CZAROWNIC I ŚWIĘTO ŚWIATŁA

            13 grudnia, czyli dzień świętej Łucji to jeden z najkrótszych dni w roku. Nierozerwalnie wiąże się z nim święto światła. Jest ono w sposób szczególnie uroczysty obchodzone w Szwecji, gdzie odbywają się pochody dziewcząt w białych strojach, a jedna z dziewczynek ma na głowie wieniec ze świeczek. Co ciekawe, kult świętej Łucji z Syrakuz przybył tam z Niemiec. Sama święta zaś, która wolała wyłupić sobie oczy niż wyrzec się wiary, stała się patronką najkrótszego dnia w roku. Na Pomorzu i Kujawach również nie zapomniano o tym wyjątkowym dniu, który rozpoczynał  jednocześnie przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Nieprzestrzeganie tego terminu mogło wywołać kłótnie i niezgodę w rodzinach. Jednakże noc, która poprzedza to święto, nazywana była także nocą czarownic i sprzyjała rzucaniu czarów, wróżeniu i wszelakiej magii. Z tego też powodu wielu ludzi zabezpieczało się w tym czasie przed urokami i uciekano się do magii ochronnej.

czwartek, 8 grudnia 2016

Jaya Jaya Myra, Uzdrawianie wibracyjne

Białystok 2016
ISBN: 978-83-7377-727-9
Stron: 204

Opis:
Uzdrawianie wibracyjne bazuje na subtelnej energii znajdującej się w każdej istocie. Dzięki Autorce, która jest certyfikowanym uzdrowicielem energetycznym, instruktorem jogi oraz terapeutą zgłębisz charakterystykę własnego fizycznego ciała, temperamentu oraz życiowego celu. Poznasz wszystkie rodzaje uzdrawiania i pracy nad sobą, aby zrozumieć, które są dla Ciebie najodpowiedniejsze i dlaczego. Dowiesz się czym jest subtelna energia i skąd pochodzi oraz określisz swój unikalny typ energetyczny. Ponadto nauczysz się korzystać z odpowiednich narzędzi i technik terapeutycznych obejmujących: wizualizację, mantry, kolory, dźwięki, światło, aromaterapię, kamienie, wodę, intencje, rośliny, medytację, minerały, zioła i wiele innych. Uzdrawianie idealne dla Ciebie.

            W poszukiwaniu nieinwazyjnych terapii, które wspomogą organizm, złagodzą dolegliwości, a w konsekwencji przywrócą równowagę i zdrowie, trafiła w moje ręce książka Jaya Jaya Myra „Uzdrawianie wibracyjne”. Nie przeczę, zaintrygował mnie przede wszystkim tytuł, gdyż sama uważam, że zarówno my, jak i wszystko, co nas otacza wytwarza swoiste pola energetyczne, a tym samym i nieuchwytne ludzkim okiem wibracje.

            Jaya Jaya Myra sama przeszła daleką drogę do miejsca, w którym odkryła uzdrawianie wibracyjne. Od dzieciństwa marzyła o wynalezieniu leków na raka czy AIDS. Podążyła też w tym kierunku. Pracowała w przemyśle farmaceutycznym, rozpoczęła studia doktoranckie z zakresu biologii komórkowej i molekularnej, pokończyła wszystkie związane z tym kursy, jednak czuła, że to nie jest właściwa droga. To uczucie zdominowało ją do tego stopnia, że zachorowała, straciła pracę, dom i małżeństwo. Wszystko, co było jej bliskie legło w gruzach. W tym momencie zaczęła poszukiwać siebie i innych terapii. Udało się jej to osiągnąć. Nie tak dawno przemawiała w ONZ na temat duchowości i wzmocnienia pozycji kobiet. Jest cenioną pisarką, nauczycielką i mówczynią, która potrafi dostrzec we własnym wnętrzu zarówno siebie jak i Boga.

Prezenty przynoszące szczęście, część 2

Poza wspomnianymi wcześniej przeze mnie podarunkami, które miały zapewnić szczęście już naszym przodkom, obecnie również nie stronimy od symbolicznych dodatków. Do najbardziej popularnych należą różnego rodzaju figurki, dołączane do właściwych prezentów. Można je postawić na półce albo biurku, zawiesić nad drzwiami albo nosić jako breloczek do kluczy. Można również podarować je w formie broszki, pierścionka lub zawieszki do łańcuszka. Możliwości jest naprawdę wiele. Czasami zwykły drobiazg symbolizuje więcej niż tysiąc wypowiedzianych słów.
Nie przedstawię tutaj pełnej symboliki przedstawionych propozycji, lecz tylko tą, związaną z życzeniami.
To lista tylko niektórych z nich:

środa, 7 grudnia 2016

Prezenty przynoszące szczęście, część 1

Święta Bożego Narodzenia to czas, gdy obdarowujemy się prezentami. Już teraz zaczyna się gonitwa za odpowiednimi podarkami, które nie tylko ucieszą oko, ale  sprawią też wielką przyjemność. Tymczasem nasi przodkowie zwracali baczną uwagę na to, by przygotowany prezent przyniósł obdarowywanemu przede wszystkim szczęście i zapewnił mu to, co najlepsze. Może więc warto do standardowych prezentów dołączyć choć jeden z tych, które naszym dziadkom i pradziadkom miały zapewnić dobre i szczęśliwe życie- zwłaszcza, że nie są to zbyt wyszukane ani drogie rzeczy.
Do prezentów na Boże Narodzenie można więc dołączyć jeden z poniższych:

wtorek, 6 grudnia 2016

Miotła w magii ludowej

Drapaki
Miotła kojarzy się nam z czarownicami, wszak na większości wizerunków przedstawia się je jako kobiety lecące na owych domowych sprzętach. Tymczasem było to również doskonałe narzędzie do magii stosowanej przez zwykłych ludzi, a służącej ochronie przed czarownicami, ludźmi potrafiącymi rzucać uroki oraz złymi duchami. Na Pomorzu istniało kilka prostych sposobów wykorzystania jej w celach ochronnych. Pierwszym z nich było ustawienie miotły w sieni, w kącie, jak najbliżej drzwi. W ten sposób stawała się zaporą, która uniemożliwiała rzucenie uroku lub czarów na mieszkańców. Innym sposobem było ułożenie dwóch skrzyżowanych mioteł na podłodze w głównej izbie. Natomiast gdy obawiano się, iż któraś z sąsiadek może być czarownicą, kładziono miotłę na progu. Wierzono bowiem, że jeśli jakaś sprawa lub chęć rzucenia uroku sprowadzi ją do takiego domu, jej naturalnym odruchem będzie podniesienie miotły i odstawienie na właściwe miejsce. Był to dla mieszkańców sygnał, iż należy mieć się na baczności.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Dr Wayne W. Dyer, Dee Garnes, Wspomnienia nieba

Dr Wayne W. Dyer, Dee Garnes, Wspomnienia nieba
Wydawnictwo: Samsara
Białystok 2016
ISBN: 978-83-65170-41-5
Liczba stron: 223

Opis:
Co dzieje się z każdym z nas przed urodzinami? Czy obecne życie jest naszym kolejnym wcieleniem czy totalnie nowym doświadczeniem? Czy rozmyślając o niebie, snujemy wyobrażenia o czymś nieznanym czy tak naprawdę sobie przypominamy to, co już widzieliśmy?

Dr Wayne Dyer i Dee Garnes spisali inspirujące rozmowy maluchów z Bogiem, które odbyli jeszcze zanim się urodzili. Z nich dowiadujemy się:
– W jaki sposób dobierani są rodzice każdemu z nas, byśmy przy ich pomocy mogli zrealizować swój cel pobytu na świecie.
– Jak wygląda świat duchów i dokąd zmierzają zmarli członkowie naszych rodzin, by wcielić się ponownie i wrócić do nas jako nasi przyjaciele.
– Czy nasze życie kończy się pobytem na Ziemi, czy jednak istnieje życie wieczne.
– Jak często odwiedzają nas Anioły – niewidoczni przyjaciele, którzy otaczają nas opieką i pomagają nam w trudnych chwilach.


Książka „Wspomnienia nieba. Zdumiewające relacje dzieci, które pamiętają poprzednie wcielenia” jest niezwykła i nie sposób przejść obok niej obojętnie. Dla każdego wrażliwego Czytelnika będzie to lektura bardzo osobista, dostarczająca wielu wzruszeń i refleksji. Wszak nie są to żadne naukowe wywody ani podręcznikowe rady, lecz opowieści małych dzieci- bezpośrednie, otwarte, pełne ufności do tych, którym je przekazywały.

Autorzy, którzy podjęli się tego niezwykłego zadania, by zebrać relacje, posegregować je i opracować jako książkę, to wybitni specjaliści: Dr Wayne Dyer- profesor uniwersytecki, psychiatra, trener rozwoju osobistego i autor ponad 40 książek (zmarł w 2015 roku) oraz Dee Garnes- terapeutka z 13-letnim stażem i asystentka profesora.

Dante Alighieri napisał: „Trzy rzeczy zos­tały z ra­ju: gwiaz­dy, kwiaty i oczy dziecka.” Trudno nie zgodzić się z tymi słowami, wystarczy przecież popatrzeć w szczere i niewinne oczy dziecka, by dojrzeć w nich najpiękniejszą część nieba- pełną miłości i bezgranicznego zachwytu. Nie dziwię się więc, że to właśnie one pamiętają tą drugą stronę życia: tajemną i nieodgadnioną; tą, którą my, dorośli pragniemy poznać. Dzieci nie muszą uchylać zasłony. Ich oczy wciąż jeszcze widzą świat, z którego przyszły. Ich serca wciąż są przepełnione bezgraniczną miłością niebios i pamięcią tego, co przeżyły.

niedziela, 4 grudnia 2016

Chorzy na SM i otoczenie




W ostatnich miesiącach coraz częściej zastanawiam się nad pewną kwestią. Tak często mówi się, iż z SM można żyć normalnie, w pełni cieszyć się życiem i nie mieć żadnych ograniczeń. Tymczasem, gdy choroba daje o sobie znać w sposób trudny do zniesienia i trzeba solidnie zacisnąć zęby żeby tego po sobie nie okazać, do głowy przychodzą zupełnie inne myśli. Bo mimo pięknych haseł są ograniczenia; są trudności, z którymi trzeba się zmierzyć; a każdy sukces (nawet ten najmniejszy, zależnie od zaawansowania choroby) jest dla nas niczym zdobycie najwyższego szczytu świata. To właśnie dzięki tym sukcesom, potrafimy wyjść z szarości smutku i na swój sposób cieszyć się każdym dniem; wykorzystywać każdą chwilę, w której choroba pozwala nam funkcjonować w miarę normalnie. Jeżeli zaś kolejny dzień nie jest gorszy od poprzedniego, jest to już powód do szczerej radości, bo daje nam namiastkę normalności.

Cóż jednak, gdy wielu ludzi (nawet tych bliskich), widząc nas właśnie w  takich chwilach uznaje, że ta choroba to tylko jakieś „widzimisię”. W ten sposób wielokrotnie podcinają nam skrzydła. Podam kilka banalnych przykładów, z którymi zetknął się chyba każdy chory na SM:

piątek, 2 grudnia 2016

Twój ideał według kart klasycznych - zabawa


Karty klasyczne od wieków służą nie tylko do gry, ale również do wróżenia. Zresztą ich wygląd ma swoją symbolikę.
Kier- tzw. serce poświęcone, symbolizował stan duchowny
Pik- przypominający końcówkę lancy, symbolizował rycerstwo
Karo- z wyglądu ciosany kamień, symbolizował mieszczaństwo będące podwaliną dobrobytu
Trefl- niczym koniczyna, symbolizował stan wieśniaczy.

W tym poście nie zajmę się jednak tradycją kart, ani ich symboliką. Przedstawię Wam zabawę w idealnego partnera, którą stosowano w XIX i w początkach XX wieku.

W tym przypadku nie ma znaczenia, czy jest to karta przedstawiająca figurę, czy cyfrę. Liczy się po prostu jej kolor. Na każde pytanie, uczestnik zabawy wybiera jedną kartę i na jej podstawie określa poszczególne elementy wybranka lub wybranki.

czwartek, 1 grudnia 2016

Juan d'Austria

Juan de Austria (wł. Don Giovanni de Austria) urodził się w 1547 r. w Ratyzbonie (zazwyczaj podaje się datę 24 lutego- jest to jednak dzień urodzin jego ojca) a zmarł 1 października 1578r. w Bouges nieopodal Namur. Był naturalnym synem cesarza Karola V oraz mieszczki Barbary Blomberg.


Zasłynął jako wybitny wódz w służbie swego przyrodniego brata, króla Hiszpanii Filipa II. Jego największym zwycięstwem jest bitwa pod Lepanto w 1571 r.
Juan urodził się w Ratyzbonie jako naturalny syn cesarza Karola V i córki mieszczanina Barbary Blomberg. Młoda kobieta, która zwróciła na siebie uwagę cesarza była żoną sędziego Brukseli, niejakiego Hieronima Kegla. Chłopiec, który przyszedł na świat w 1547 roku był przez dość długi okres swego życia nazywany Jerónimo. Nim jednak ukończył 3 lata został zabrany od matki do Adriena de Bois. W tym czasie majordomus cesarza Karola porozumiał się z Francisem Massy i jego żoną Anną de Medina. Zobowiązali się oni na mocy podpisanej w czerwcu 1550 roku umowy do zadbania o edukację chłopca. Jerónimo zamieszkał więc wraz z nimi w Leganés nieopodal Madrytu. To właśnie tam pobierał pierwsze nauki, uczył się języka hiszpańskiego i wraz z innymi dziećmi kształcił się w Getafe pod okiem miejscowego księdza.

Sabat na Pomorzu

W 2010 roku ukazała się moja książka „Czarownice z Pomorza i Kujaw”, natomiast w obecnym, niejako jej kontynuacja, czyli „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw”. Już wcześniej pisałam sporo na temat procesach o czary: ich przebiegu. Wymuszaniu zeznań i wyrokach. Nie przedstawiłam jednak bliżej idei sabatu, który już poprzez samą nazwę budzi ciekawość, niepokój i obawy.

            Sabat kojarzy się najczęściej z hucznymi biesiadami czarownic i diabłów, podczas których poza tańcami planowane są kolejne działania na szkodę ludzi. Samo słowo weszło nawet do języka potocznego, gdyż niekiedy w sposób ironiczny określa się tak „babskie spotkania” na ploteczkach. 

            Historia czarownic nie istnieje jednak bez sabatów. Ba, w żadnym procesie o czary nie mogło zabraknąć opisów o zebraniach czarownic na Blocksbergach (Pomorze) lub Łysych Górach. Pomorska nazwa wywodzi się od nazwy szczytu w górach Harz, co wskazuje na niemieckie pochodzenie tych wyobrażeń. Warto jednak wiedzieć, że Blocksberg wcale nie musiał być górą. Mogło to być każde inne miejsce, gdzie czarownice mogły się spotkać, np. łąka, las, bagno, cmentarz, polana, itp. Niekiedy zwykły śmiertelnik mógł trafić tam przypadkowo, gdyż łatwo było je rozpoznać, choćby po wydeptanej trawie- podczas tańców w kole tworzyły się kręgi. 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Andrzejkowy sennik

Andrzejkowy sennik

            Andrzejkowe wróżby to wielowiekowa tradycja, która jak widać wciąż cieszy się niezmierną popularnością. Niegdyś wszystkie wróżby tego dnia miały jeden cel: zapewnić dziewczęta, że znajdą ukochanego i wkrótce wyjdą za mąż. Dzisiaj zwyczaje nieco się zmieniły i Andrzejki kojarzą się nam głównie ze świetną zabawą oraz różnymi wróżbami- niekoniecznie miłosnymi.
O najpopularniejszych andrzejkowych wróżbach pisałam już nieco wcześniej:


Tym razem chcę zwrócić uwagę na sny. Czy wiecie, że człowiek przesypia 4 miesiące w roku? Są one naszym drugim życiem; głosem duszy, gdy nasza podświadomość może wreszcie dojść do głosu, nie uciszana ciągłym nawoływaniem rozsądku i jaźni. Sny również dzielą się na różne typy, warto więc zwracać na nie uwagę. Sama od wielu lat prowadzę dziennik snów i czasem pochylam się nad nim zaskoczona.

Jednak nie chciałam pisać tutaj ogólnie o snach, ale o tych szczególnych, andrzejkowych. Na temat snów, ich rodzajów i interpretacji napisze może innym razem. Teraz potraktujmy to jako element andrzejkowej tradycji i spójrzmy na nie trochę z przymrużeniem oka. Jeżeli więc będziecie bawić się tego wieczoru, spróbujcie zapamiętać co wam się śniło. Bardzo możliwe, że sen będzie najważniejszą wróżbą- taką typowo andrzejkową, związaną z miłością.

Oto mały andrzejkowy sennik dla tych, którzy będą chcieli sprawdzić jakież to niespodzianki przyszykował im los. Życzę miłej zabawy!

niedziela, 27 listopada 2016

Nominacja do Literackiego Gryfa


Niezmiernie miło jest mi powiadomić Państwa, że moja książka: „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw” została nominowana do nagrody Literackiego Gryfa w Miejskiej Bibliotece Publicznej imienia Aleksandra Majkowskiego w Wejherowie. 


środa, 23 listopada 2016

Podziękowanie

Pragnę podziękować Wszystkim i każdemu z osobna za przekazanie 1%, sms-ów oraz wpłat na moje leczenie i rehabilitację. Jak już wspominałam, pieniądze te mogę przeznaczyć wyłącznie na walkę z chorobą. Nie posiadam ich fizycznie, gdyż wszystkie wydatki opłacane są za pośrednictwem fundacji, która w pierwszej kolejności rozpatruje zasadność wniosku oraz przeznaczenia. To również fundacja z mojego subkonta opłaca wykupywane leki, rehabilitację oraz konieczne wizyty lekarskie.

Dziękuję po tysiąckroć za tę pomoc. Sama nie dałabym rady, gdyż koszty są ogromne. Dzięki Waszej pomocy mam fundusze choć na niewielką część wydatków. Gdyby nie wielkie serca i pomoc, choroba siałaby znacznie większe spustoszenie w moim organizmie. Dzięki każdej wpłacie mogę zaś walczyć o zachowanie choć częściowej sprawności.




wtorek, 1 listopada 2016

Jesień i SM


Jesień jest piękna… Pomimo szarug, szybko następujących ciemności, deszczu i wiatrów, ma ona swoje drugie, wyjątkowe oblicze. Wystarczy, że zaświeci słońce, a rozświetli się wszystkimi kolorami liści. Wystarczy, że o świcie popatrzymy przez okno i w snujących się nisko nad ziemią mgłach dostrzeżemy jej nieuchwytną magię. Wystarczy, że docenimy bogactwo darów ziemi, które niesie ze sobą…

Niestety, te wszystkie barwy szybko nikną, gdy nasila się choroba. Dla osób chorych na stwardnienie rozsiane jesień rzadko kiedy jest łaskawa. To czas, gdy choroba pokazuje swoje mroczne oblicze. Ja również zaliczam się do tej grupy.

Jak każdego roku jesień kojarzy mi się głownie z pogorszeniem. Nasila się okrutna dla mnie spastyczność. Wprawdzie towarzyszy mi ona każdego dnia przez okrągły rok i wiele osób zastanawia się na czym w ogóle chodzę, jednak jesienią staje się wręcz nieznośna. Czym ona jest? W najprostszych słowach można określić ją jako bolesną sztywność mięśni, która odbiera mi sprawność. Nogi przypominają kamienne słupy, których nie sposób podnieść, a ich ciężar utrudnia poruszanie. Do tego dochodzą bolesne skurcze obejmujące całe ciało i ciasny i bolesny „gorset” opasujący tułów i utrudniający oddychanie. Gdy do tego dochodzi jeszcze zaostrzenie astmy, ten oddech staje się udręką. Podobnie jest z rękami, które nagle stają się mało użyteczne, a wszystko, co trzymam ląduje najczęściej na ziemi. 

niedziela, 30 października 2016

Kochankowie z jeziora (Ocypel)

Przed wiekami na dwóch brzegach Jeziora Świętego leżały dwa potężne grody, których granicą była Święta Struga. Mieszkańców dzieliła jednak nie tylko woda, ale także wiara. W jednej osadzie wciąż oddawano cześć dawnym bogom w świętym gaju: składano ofiary z kwiatów i chleba, palono święty ogień i zanoszono modły znane od wieków. Natomiast w drugim grodzie wznosił się drewniany kościółek zwieńczony krzyżem, a zamiast unoszącego się w niebo dymu ofiarnego niosły się pobożne pieśni. Wrogość narastała z dnia na dzień. Dla obu stron bóstwa były bowiem najważniejsze, a ich religia jedyna i prawdziwa. Niechęć ta jednak nie mogła zniszczyć prawdziwej miłości, która niespodziewanie połączyła dwoje młodych ludzi. Piękna dziewczyna była córką kapłana i często u jego boku oddawała cześć bóstwom przodków. Jej złote jak łany pszenicy włosy zdobił wieniec z polnych kwiatów – symbol niewinności. Darzyła ona odwzajemnioną miłością młodzieńca z chrześcijańskiej osady. Młodzi spotykali się więc na przekór wszystkiemu, co ich dzieliło. Wiara nie była dla nich przeszkodą. Wpatrzeni w siebie, doskonale wiedzieli, że to ich miłość jest najpotężniej- szą siłą. Nie zniechęcały ich wrogie spojrzenia, nie raziły szepty i groźby potępienia. Pragnęli być razem i codziennie, o świcie i o zmierzchu, kradli dniom chwile szczęścia. Spotykali się nad brzegiem i pływali wspólnie łodzią po jeziorze. – Nie potrafię tak żyć. Miłuję cię i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nieważne, czy wierzysz w prawdziwego Boga. Wiem, że w głębi serca masz jasną duszę i idziesz drogą prawdy – westchnął pewnego razu młodzieniec.
– Przy tobie z całą pewnością jest to droga miłości – uśmiechnęła się serdecznie.
Spojrzał w jej błękitne oczy, które przypominały niebo w pogodny dzień, i dodał:
– Chciałbym, byś była moją żoną. Te krótkie chwile, gdy jesteśmy razem, to zbyt mało. Chciałbym, byś była przy mnie zawsze. Gdy ciebie nie ma, tęsknię. Gdy jesteś przy mnie, martwię się, że za chwilę musimy się rozstać.

Jak kapitan diabła przechytrzył (Gdańsk)

 
Żył niegdyś w Gdańsku pewien kapitan, o którym mawiano, że urodził się pod nieszczęśliwą gwiazdą. Nieustannie  przytrafiały mu się jakieś niemiłe historie: statek został uszkodzony podczas nawałnicy,  złodzieje okradli mu ładownię, opuściła go narzeczona. Zmęczony przeciwnościami coraz bardziej tracił nadzieję na poprawę losu. Pewnego razu siadł nad brzegiem morza i westchnął ciężko.
- A choćby i przez diabła, byle mnie jakie szczęście wreszcie spotkało.
            Diabeł czekał na taką okazję. Zakręcił się dookoła i już pojawił się przed zdumionym kapitanem. Wyszczerzył się w uśmiechu, błysnął czarnym okiem i zdjąwszy kapelusz, stwierdził.
- Jestem na twoje wezwanie.
- Na moje wezwanie?- zapytał- A kimś jest u diabła?
- No jak to kim? Diabłem we własnej osobie, kapitanie.- uśmiechnął się ponownie- Wzywałeś mnie, więc jestem. Zdradź mi swoje marzenia, a chętnie je spełnię… Za drobną opłatą, rzecz oczywista.
            Kapitan nie zastanawiał się długo. Wyżalił się diabłu i opowiedział o swoich zmartwieniach.
- Mam dość. Wszyscy coś osiągają, bogacą się, mają własne domy i rodziny, a ja?- kończył swoje żale- Nieustannie wiatr mi wieje w oczy. Nic mi się nie udaje.
- Mogę to zmienić. Mogę sprawić, że od dziś będzie sprzyjało ci szczęście.
- A czego chcesz w zamian?
- Drobiazgu.- diabeł wzruszył ramionami i zaczął bawić się kapeluszem- Tylko twojej duszy, gdy przyjdzie ci odejść z tego świata.
            Zamyślił się kapitan. Wcale nie uśmiechała mu się wizja piekła, ale był tak zmęczony życiem w ciągłych kłopotach, że postanowił zgodzić się i na ten warunek.
- Co przemyślniejsi nieraz wybrnęli z umowy z diabłem. Może i ja się wywinę.- pomyślał.
- Więc jak?- diabeł ponaglał do decyzji.
- Zgodzę się, ale mam warunek.
- Jaki?
- Przed śmiercią spełnisz moje ostatnie życzenie.- odparł z uśmiechem.
- Z ogromną przyjemnością.- odpowiedział wysłannik piekła i strzelił palcami. W jednej chwili na kamieniu pojawił się stosowny dokument.- Podpisz zatem.
Kapitan uważnie przeczytał cyrograf. Jako, że na samym dole dokumentu znalazło się zastrzeżenie, jakiego zażądał, podpisał bez wahania.

Wiedźma to ta, która ma wiedzę

(…) Słowo wiedźma kojarzymy obecnie negatywnie, a tymczasem wystarczy sięgnąć do samego znaczenia tego słowa oraz źródeł etnograficznych, by zrozumieć, że w dawnych wierzeniach i ludowych przekonaniach wiedźma była tą, która ma wiedzę – zarówno o przyrodzie i roślinach, a zatem o leczeniu ludzi, jak i o zjawiskach naturalnych oraz magii. Wiedźma była osobą, która swoją mądrością dzieliła się z innymi, ufała swej intuicji i była żywą skarbnicą dawnych mądrości i rytuałów. Było to określenie pełne podziwu i szacunku, takie kobiety traktowano więc z wielkim uznaniem dla ich wiedzy i działań na rzecz lokalnej społeczności. Nazywano je różnie: wiedmami lub widmami, matuchami, ciotami, szeptunkami, na Pomorzu i Kujawach najczęściej zaś po prostu mądrymi. To ostatnie miano było szczególnie popularne w okolicach Torunia i na całej ziemi chełmińskiej. Wiedźmy były wyroczniami, kapłankami, znachorkami i uzdrowicielkami. Swoją wiedzę wykorzystywały zaś po to, by służyć i pomagać innym. Prawdziwa wiedźma działała bowiem dla ludzi, nigdy przeciwko nim. Do kogo, jak nie do niej, udawano się, gdy zachorował ktoś w rodzinie? Do kogo zwracano się o pomoc, radę lub interwencję w sprawach niecierpiących zwłoki? Do kogo szło się, gdy stawano na rozdrożu życia i potrzebowano rady czy wróżby? Właśnie do wiedźmy. Ową opinię zmieniło dopiero chrześcijaństwo. Nie nastąpiło to jednak od razu. Z roku na rok, z dziesięciolecia na dziesięciolecie wiedźmy zaczęto utożsamiać z kobietami, które mają związek ze złymi mocami i są służebnicami diabła. Wzmacniały to słowa duchownych, którzy podczas kazań piętnowali dawną wiarę i mądrości ludowe, potępiali zabobony ludu jako coś wywodzącego się od diabła i prowadzące prostą drogą do piekielnych otchłani. Wszelkie działania wiedźm uważali zaś za wymierzone przeciw wierze oraz naznaczone nieczystymi siłami. Skąd bowiem kobieta mogła mieć taką wiedzę? Uważano, że jedynym sposobem na jej zdobycie było zaprzedanie duszy diabłu i zostanie jego służebnicą i kochanką… (…)

wtorek, 18 października 2016

Podziękowanie za 1%



Pragnę gorąco podziękować wszystkim cudownym osobom, które odpisały 1% podatku za rok 2015 z myślą o moim leczeniu i rehabilitacji, a tym samym wsparły mnie w starciu z tą nieprzewidywalną chorobą. 
To dzięki Wam mogę stawiać opór eSeMowi i walczyć.

Każda złotówka jest dla mnie na wagę złota i za każdą z nich z całego serca dziękuję.
Wierzę, że ofiarowane mi dobro, wróci do Was po trzykroć.