"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie"

(Carlos Ruiz Zafon- Cień wiatru)

czwartek, 1 grudnia 2016

Sabat na Pomorzu

W 2010 roku ukazała się moja książka „Czarownice z Pomorza i Kujaw”, natomiast w obecnym, niejako jej kontynuacja, czyli „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw”. Już wcześniej pisałam sporo na temat procesach o czary: ich przebiegu. Wymuszaniu zeznań i wyrokach. Nie przedstawiłam jednak bliżej idei sabatu, który już poprzez samą nazwę budzi ciekawość, niepokój i obawy.

            Sabat kojarzy się najczęściej z hucznymi biesiadami czarownic i diabłów, podczas których poza tańcami planowane są kolejne działania na szkodę ludzi. Samo słowo weszło nawet do języka potocznego, gdyż niekiedy w sposób ironiczny określa się tak „babskie spotkania” na ploteczkach. 

            Historia czarownic nie istnieje jednak bez sabatów. Ba, w żadnym procesie o czary nie mogło zabraknąć opisów o zebraniach czarownic na Blocksbergach (Pomorze) lub Łysych Górach. Pomorska nazwa wywodzi się od nazwy szczytu w górach Harz, co wskazuje na niemieckie pochodzenie tych wyobrażeń. Warto jednak wiedzieć, że Blocksberg wcale nie musiał być górą. Mogło to być każde inne miejsce, gdzie czarownice mogły się spotkać, np. łąka, las, bagno, cmentarz, polana, itp. Niekiedy zwykły śmiertelnik mógł trafić tam przypadkowo, gdyż łatwo było je rozpoznać, choćby po wydeptanej trawie- podczas tańców w kole tworzyły się kręgi. 


            Częstotliwość sabatów była różnorodna. Odbywały się raz w tygodniu, choć niektóre źródło podają nawet trzy. Najlepszym dniem na sabat był czwartek (zresztą ogólnie uchodził on za dzień szczególnie przeznaczony na wszelkie uroczystości). Jednak czarownice spotykały się niekiedy również we wtorki, czwartki i niedziele oraz w dni świąt kościelnych. Największy sabat przypadał na Pomorzu w noc Walpurgii, czyli przed 1 maja. Podobno tego wieczoru każdy mógł dostrzec czarownicę lecącą na spotkanie- wystarczyło usiąść przed chatą i patrzeć w niebo. Ci, którzy szczególnie obawiali się złych mocy, znaczyli drzwi domostw i budynków gospodarczych, malując na nich trzykrotny znak krzyża białą, czerwoną lub czarną farbą. 

            Ponadto zbieżność sabatów ze świętami ludowymi, których tradycje sięgają czasów przedchrześcijańskich wzbudziło zaniepokojenie teologów, którzy uznali, że z całą pewnością były to spotkania z diabłami. Zresztą we wszystkich źródłach związanych z procesami o czary powtarzał się pewien schemat:

I Przygotowania czarownicy i podróż (najczęściej na miotle, ożogu, widłach, grabiach lub desce do pieczenia chleba)
II Uroczystość, połączona z podpisaniem kontraktu z diabłem, ucztą oraz niekiedy z nadaniem nowego imienia
III Powrót do domu

            Inkwizytorzy, którzy wypytywali oskarżone kobiety (w rzeczywistości zaś przy pomocy katów wymuszali zeznania) mieli już swoje wyobrażenia, jak to musiało wyglądać i tak długo naciskali, aż zeznania zaczynały pokrywać się z ich wizją. 

Musiały więc pojawić się opowieści o specjalnej maści, którą czarownica nacierała się przed opuszczeniem domu. Żeby brzmiało to odpowiednio drastycznie, ową maść miano pozyskiwać z rozkopanych grobów niemowląt lub odpowiednio preparowanych szczątków wisielców oraz ziół (wśród nich najczęściej wymieniano: cykutę wodną, blekot, belladonnę, psiankę, lulek lekarski i wilczą jagodę). Następnym krokiem było przejście ze świata fizycznego do duchowego, a więc wspomniany już lot na Blocksberg (bardzo często przez komin). Przed opuszczeniem domu padało jeszcze zaklęcie, które przetrwało w licznych podaniach i bajkach ludowych: „Na i z powrotem i nigdzie więcej”. Podróż nie zawsze była bezpieczna. W źródłach pojawiają się nawet opowieści o zderzeniach i różnych wypadkach. 

Na miejscu czekał już na czarownice sam władca piekieł, najczęściej w postaci mężczyzny z brodą i rogami, choć pojawiały się opowieści o tym, że ukazywał się jako kozioł lub ropucha. Czarownice miały oddawać mu hołd poprzez pocałunek w pośladek. Następnie kandydaci na czarownice lub czarowników (nie zapominajmy, że i mężczyzn oskarżano o czary) własną krwią podpisywali kontrakt, w zamian za co otrzymywali wielkie moce i bogactwa. Później odbywać się miały tzw. czarne msze- ich opisy znaleźć można choćby u Alfreda Haasa. Kolejnym punktem sabatu była właściwa biesiada. Zaczynały się tańce, uczty i różne zabawy. Oskarżeni często opowiadali o tym, że najczęściej podawano groch, mięsiwa, smalec i chleb, zaś napitkiem było wino lub piwo. Do tańca przygrywała kapela, która niewiele różniła się od tych, jakie można było spotkać na wiejskich potańcówkach.  Ponadto ważną rolę w tańcach pełniły włosy. Diabły wyczesywały je ludziom przy różnych okazjach, a następnie sporządzano z nich linę, której trzymali się tańczący. Zerwanie takiego sznura zwiastowało kłopoty dla czarownic. Bywało, iż uczty zmieniały się wręcz w orgie. Sabaty kończyły się przed świtem, gdyż czarownice musiały wrócić do domów. Pierwsze promienie słońca odbierały bowiem ich magiczną umiejętność latania. 

Tego typu opowieści o sabatach powtarzały się w zeznaniach, do jakich zmuszano oskarżonych o czary. Bardzo możliwe, że były one echem dawnych, jeszcze przedchrześcijańskich spotkań kobiet, podczas których starsze przekazywały wiedzę młodszym oraz odprawiały prastare rytuały związane z magią natury, jak np. tańce wokół drzew i źródeł.

Literatura:
Baschwitz K., Czarownice. Dzieje procesów o czary, Warszawa 1971
Clifton C., Encyklopedia herezji i heretyków, Poznań 1996
Gołębiowski Ł., Lud polski. Jego zwyczaje, zabobony, Warszawa 1884
Haas A., Ein Pommerscher Hexenprozess aus den Jahre 1676, In: Blatter für pommersche Volskskunde, 1897
Haas A., Pritziger Hexenprozesse aus den Jahren 1692-1694, In: Ostpommersche Heimat, 1931
Potkowski E., Czary i czarownice, Warszawa 1970
Ptaśnik J., Kultura wieków średnich, Warszawa 1959
Skrzypek M., Diabeł i carownica, w: Człowiek i światopogląd, nr 12, 1988
Szczepaniak- Kroll A., Sabat w kulturze ludowej Pomorza, w: Nasze Pomorze: rocznik Muzeum Zachodnio- Kaszubskiego w Bytowie, Nr 3, 2001
Wetzel G., Hexen Hexenaberlungen und Hexenverbrennunganno, In: Ostpommersche Heimat, Tychow 1931

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz