Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.

(Johann Wolfgang Goethe)

W 2010 roku zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Z kobiety aktywnej zawodowo stałam się osobą niepełnosprawną z czterokończynowym niedowładem. Każdy dzień to dla mnie walka o tę część sprawności, która mi pozostała. Dewiza Karola V „PLUS ULTRA” (Wciąż dalej) jest moim mottem. Tylko dzięki Wam mogę iść wciąż dalej, podnosić się po każdej stoczonej bitwie i pisać – właśnie dla Was.

APEL

wtorek, 17 października 2017

Biała Księżniczka i Puszcza Białowieska




W książce, którą obecnie kończę, czyli „Baśnie i legendy z Litwy, Białorusi i Ukrainy”(obejmującej dawne Kresy) jest piękna baśń o białej księżniczce. Postanowiłam ją przytoczyć z myślą o jednym z najpiękniejszych i obecnie najbardziej zagrożonych miejsc świata, a mianowicie… Puszczy Białowieskiej. 
Chciałabym wierzyć, że księżniczka przyśni się tym, którzy niszczą tak wspaniałe dziedzictwo.


            Książę Witold miał córkę, o której mówiono, że zrodzona została ze związku z jakąś leśną boginką. Jej niezwykła uroda olśniewała wszystkich, którzy choć raz jeden na nią spojrzeli. Podziw budziły piękne, długie, jasne warkocze lśniące złotem w blasku słońca, gładkie lica, ciemne brwi przypominające rozłożone skrzydła jaskółki w locie i niebieskie oczy, podobne do czystej kopuły niebios. Jednak nie tylko piękność wyróżniała ją wśród innych dziewcząt. Księżniczka kochała bowiem biały kolor i zawsze tak się ubierała. Zimą nosiła białe futra i takież czapki, latem zaś białe suknie haftowane perłami i diadem srebrny jak tarcza księżyca. Nawet klejnoty i trzewiki musiały być  w tym kolorze. Na próżno ojciec, dwórki i dworzanie prosili ją, by choć od czasu do czasu ubrała coś innego. Uparcie odmawiała, twierdząc, że tylko biel jest jej przeznaczona. Wkrótce ludzie zaczęli nazywać ją białą księżniczką i kochali, jak tylko poddani kochać mogą piękną i dobrą córkę swego władcy.
Jednakże to nie tylko cudowna piękność sprawiała, że mówiono o niej nawet w odległych stronach, w dalekich krajach, na dworach innych władców. Otóż księżniczka całym sercem miłowała przyrodę. Podziwiała barwne kwiaty delikatnie dotykając ich płatków i drzewa, do których pni często się przytulała, jakby opowiadały jej swoje historie. Zachwycał ją szczebiot ptaków oraz wszelkie głosy zwierząt. Za tę bezgraniczną miłość otrzymała wielki dar. Potrafiła bowiem odczuwać każdy oddech natury, odróżniać ślady i słuchać jej głosów. Rozumiała radosne trele ptaków, nawoływanie różnych zwierząt, wesołe odgłosy bawiących się malców, wszystkie skargi i wołanie o pomoc. Z wielkim przejęciem opowiadała często ojcu o tym, co działo się w świecie, który dla niego był niczym zamknięta księga: piękny i groźny, lecz niezrozumiały. Słuchał z uwagą i uśmiechał się, gdy oczy jej błyszczały, a na licach pojawiały się rumieńce.
- Jesteś niczym leśna boginka. Powinnaś więc mieć las, by był twym księstwem. – powiedział żartobliwie.
- Ojcze, byłabym taka szczęśliwa! – zawołała, klasnąwszy w dłonie – Gdybyś mógł sprawić mi taki prezent, byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie!
            Książę Witold nie potrafił niczego odmówić ukochanej córce. Podarował jej puszczę, którą wkrótce nazwano Białowieską.
Ów ojcowski dar uszczęśliwił księżniczkę. Był dla niej o wiele bardziej cenny niż klejnoty sprowadzane z dalekich krajów, czy wspaniałe zamczyska. Puszcza szybko stała się jej drugim domem. Potrafiła spędzać w niej całe godziny, niepomna innych obowiązków, nieczuła na zmęczenie, głód i pragnienie. Szum liści w potężnych drzewach, upajający zapach roślin, miękkość mchu, najpiękniejsze barwy leśnych kwiatów, śpiewy ptaków i odgłosy zwierząt, to było wszystko, czego potrzebowała do szczęścia. Księżniczka wędrowała więc po wąskich ścieżkach, dotykała paproci, siadała na świetlistych polanach i spoglądała na otaczające ją ścianę lasu. Bywały dni, kiedy nasłuchiwała tego, co mówią zwierzęta i uśmiechała się wiedząc, iż one również żyją w zgodzie z naturą, szczęśliwe i bezpieczne. Czasami patrzyła na puszczę z okien Kamienieckiej wieży, ciesząc się jej pięknem. 

poniedziałek, 16 października 2017

Upadek eSeMki

W zasadzie dzisiejszy post miał być o nieistniejącym już kościele świętej Agnieszki lub o prawdopodobnie pierwszej drukarni w Polsce, ale niestety… Rzeczywistość pokrzyżowała mi szyki. Wiem, upadki u osób ze stwardnieniem rozsianym to niemal chleb powszedni, jednak czasami trudno jest się po nich ogarnąć.

Zamiast spokojnie siedzieć i pisać tekst, chciałam iść do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę. Skutek był taki, że straciłam równowagę i wylądowałam na ziemi. Podłogi mamy betonowe, więc dziury nie zrobiłam, ale obiłam się co niemiara. Wprawdzie mama przybiegła na pomoc, ale w takich przypadkach nasila się u mnie spastyczność tak, iż nie sposób jest mnie podnieść.

sobota, 14 października 2017

Pisarka ze stwardnieniem rozsianym


  
Dobry wieczór Wszystkim po dłuższym czasie!

Przymierzałam się do tych zmian już od kilku miesięcy. Przez ten czas nabierały one kształtu w mojej głowie i sercu. Upływający czas i choroby zmieniają człowieka, a tym samym zmienia się jego spojrzenie na wiele rzeczy. Czy na lepsze? Nie do mnie należeć będzie ocena. Zmienić musi się także sama formuła bloga. Do tej pory traktowałam go bardziej jako stronę informującą o tym, co ważnego wydarzyło się w życiu Anny Koprowskiej – Głowackiej (autorki). Teraz chcę, by blog był swoistym pamiętnikiem kobiety, która na co dzień zmaga się z przewlekłymi chorobami, ale wciąż chce cieszyć się życiem i mimo przeszkód nieustannie idzie do przodu. O ilości upadków z sympatii dla wszystkich towarzyszy niedoli nie wspomnę, bo trzeba byłoby je liczyć w setkach.

Tak jak napisałam w tytule jestem pisarką chorą na stwardnienie rozsiane (SM). Jak dotąd napisałam dziesięć książek związanych z historią i regionalizmem oraz wierszy. Zdobyłam też kilka nagród i wyróżnień. Mam nadzieję, iż postęp choroby nie zatrzyma mnie wpół drogi i będę miała możliwość pisać kolejne. Kiedy SM pokazuje mi swoją bardziej okrutną twarz, powtarzam sobie, że muszę pozbierać się z miliona kawałków, na jakie się rozpadam i powrócić do tej pracy, która była i wciąż jest moją pasją. Poza tym… mam to wielkie szczęście dzielić się tymi historiami z Wami i to Wy jesteście najważniejsi. Nie mogę narzekać na brak pomysłów, ale na brak sił i możliwości, by po każdym ciosie wrócić do formy. Staram się jednak i walczę, bo dopóki trwa walka, upadek nie jest klęską tak, jak przegrana bitwa nie oznacza końca wojny. Ja ze swoim wrogiem będę toczyła wojnę do samego końca z małymi przerwami na rozejm. 
Na czy będą polegały zmiany?

piątek, 15 września 2017

Nagroda w konkursie poetyckim




Od czasu do czasu zostawiam prozę i zwracam się ku poezji. Tak było i tej wiosny. Wzięłam wówczas udział w konkursie poetyckim zorganizowanym przez Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego. Jakież było moje zdziwienie i jak wielka radość, gdy okazało się, że wiersz „Życie” został nagrodzony.

            Niestety, nie mogłam uczestniczyć w uroczystej gali z wręczeniem nagród, która odbyła się w ramach „Symfonii serc” w Warszawie. Dyplom i nagrodę otrzymałam więc pocztą.   

Oto zaś mały fragment nagrodzonego wiersza: