Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.

(Johann Wolfgang Goethe)

W 2010 roku zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Z kobiety aktywnej zawodowo stałam się osobą niepełnosprawną z czterokończynowym niedowładem. Każdy dzień to dla mnie walka o tę część sprawności, która mi pozostała. Dewiza Karola V „PLUS ULTRA” (Wciąż dalej) jest moim mottem. Tylko dzięki Wam mogę iść wciąż dalej, podnosić się po każdej stoczonej bitwie i pisać – właśnie dla Was.

APEL

piątek, 19 lutego 2016

Sposoby na szczęście

10 sposobów na szczęście na podstawie książki Richarda Webstera „Jak przyciągnąć szczęście?”
            Wydają się takie proste i oczywiste, a jednak… czasami warto o nich pomyśleć i zastosować bardziej świadomie.

1.      Zadawaj się z podobnie myślącymi ludźmi.
Pielęgnuj swoje relacje z pozytywnymi ludźmi, a z negatywnymi spędzaj jak najmniej czasu.
2.      Znajdź wspaniałą pasję.
Znajdź sobie jakieś wyzwanie, coś stymulującego, co będzie warte twojego czasu i wysiłku.
3.      Ustanów cele i osiągaj je.
Postaw przed sobą wymagające i wartościowe cele, gdy je zrealizujesz, zdziwisz się, jak wiele szczęścia ci to przysporzy.
4.      Bądź pogodny.
Zacznij dzień pozytywnymi myślami, a poczujesz się dobrze i będziesz radosny przez cały dzień.
5.      Używaj pozytywnych afirmacji.
Myśl w sposób pozytywny tak często, jak to tylko możliwe.
6.      Spędzaj czas z przyjaciółmi.
Zachowaj regularny kontakt z przyjaciółmi.
7.      Poznawaj nowych ludzi.
Im więcej osób masz wokół siebie, tym więcej okazji i możliwości otworzy się przed Tobą.
8.      Oczekuj szczęśliwych przypadków.
Oczekuj, że szczęśliwe rzeczy będą przytrafiać się przez przypadek. Gdy to nastąpi, zobaczysz jak wiele masz szczęścia.
9.      Dbaj o siebie.
Gdy czujesz się ze sobą w porządku (a dbanie o siebie z pewnością to powoduje), staniesz się podatny na wszystko, co w życiu dobre.
10.  Śmiej się więcej.
Śmiech przypomni ci o tym, jak wspaniale jest żyć, korzystaj z każdej okazji do śmiechu.  

Fragment drugiej powieści- bitwa pod Sacsahuayman

Niedawno zamieściłam fragment powieści z czasów schyłku Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Na prośbę Czytelników dodaję mały fragment drugiej powieści, tym razem z okresu podboju Peru przez Hiszpanów. Akcja rozgrywa się podczas wojny domowej między zwycięzcami. 
Pedro de la Gasca


(...) Wstawał świt. W ciągu kilku chwil gwiazdy zbladły, niebo pojaśniało i przybrało barwę bladego błękitu. Wschodzące ponad Andami słońce tysiącem iskier rozświetliło pokryte wiecznym śniegiem szczyty.
            Armia królewska, która już od wielu godzin posuwała się wolno wzdłuż górskiego grzbietu wydostała się wreszcie na rozległy stok. Ostatnie, sine pasma mgieł rozerwały się przed nimi niczym zasłona i nagle oczom znużonych żołnierzy ukazał się niezwykły widok. Z ust wielu spośród nich wyrwały się okrzyki trwogi i zdumienia. Nisko w dole, po przeciwnej stronie malowniczej doliny czekały na nich wspaniałe szeregi wojsk nieprzyjaciela, oparte z jednej strony o niemal prostopadłą ścianę górskiego zbocza, z drugiej zaś zabezpieczone srebrzystą wstęgą niewielkiej rzeki. Białe proporce powiewały na wietrze, przypominając stado dzikich ptaków gnieżdżących się wśród skał. Na tyłach widać było jeszcze zastępy indiańskich wojowników w barwnych strojach i nakryciach głów przyozdobionych piórami.
            Ten nieoczekiwany widok zaniepokoił Pedra de Valdivia, który ponaglił swego czarnego jak noc rumaka i zbliżył się do krawędzi stoku. W blasku słonecznych promieni zalśniła zbroja. Ciemne, wyraziste oczy pułkownika z uwagą zlustrowały wojska przeciwnika. Niemal w tej samej chwili dołączyli do niego jeszcze dwaj dowódcy: naczelny wódz armii królewskiej Pedro Alonso de Hinojosa i marszałek Alonso de Alvarado.
 - Zajęli doskonałe pozycje.- beznamiętnym tonem stwierdził Valdivia.
- I cóż z tego? Nic im to nie pomoże.- odparł Hinojosa zdejmując z głowy hełm i wycierając ramieniem zroszone potem czoło.- Uderzymy bezpośrednio na główne siły.
- Stracimy zbyt wielu ludzi. Don Alonso odniósł pyrrusowe zwycięstwo w starciu z  jedną tylko placówką Pizarra. Tutaj mamy przed sobą całą jego armię. A wszyscy wiemy, że ci ludzie potrafią walczyć o każdy kawałek ziemi.
            Marszałek skinięciem głowy potwierdził te słowa. Jego twarz nosiła ślady niedawnej walki nad Rio Abancay, rana wciąż była świeża i dokuczała niemiłosiernie.
- Tutaj poprowadzi ich sam Pizarro.- dodał.
- I cóż z tego? Mówicie tak, jakby moja armia była w jakiejś mierze gorsza od tej zbieraniny.- prychnął pogardliwie Hinojosa.
- Czyżby?- na ustach Valdivii pojawił się drwiący uśmiech- To powiedz mi, dlaczego twoi ludzie kwiczą jak zarzynane świnie na samą myśl o walce z Pizarrem? Więcej w tej armii młodzików i bakałarzy niźli ludzi zdatnych do walki.
            Twarz dowódcy poczerwieniała z gniewu, a oczy zabłysły. Już szykował się do ciętej riposty, w której nie zabrakłoby pewnie rzucanego sobie wzajem słowa „zdrajca”, gdy dostrzegł zbliżającego się do nich przewodniczącego Trybunału. W obecności królewskiego przedstawiciela wolał nie ryzykować; pomny, że ma do czynienia z człowiekiem, który wbrew stwarzanym pozorom nie był tylko łagodnym duchownym. 
Tymczasem Pedro de la Gasca poprawił ciemny płaszcz narzucony na sutannę, by okryć się przed chłodem poranka. Udał, że nie dostrzega kolejnego konfliktu między dowódcami. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z napięcia, jakie panowało w jego armii.
- Ja zaś modlę się, by oczy samowolnego Pizarra otworzyły się na prawdę i by poznawszy swój błąd zawierzył królewskiej sprawiedliwości.- stwierdził, nakreślając w powietrzu znak krzyża nad szeregami wojsk nieprzyjaciela.
            Hinojosa i Valdivia wzruszyli ramionami, tylko Alvarado ze zrozumieniem i cieniem współczucia popatrzył na bladą, znużoną twarz kapłana. Odpowiedział cicho.
- Wasza dostojność żywi próżne nadzieje. Gonzalo nie ugnie się, bo jak każdy rycerz wierzy w swoją misję.
- Cnotą rycerstwa jest wiara. Bóg otworzy mu oczy i wskaże drogę, którą powinien pójść. Jestem pewien… wierzę, że zdołamy uniknąć rozlewu krwi. Potrzeba nam tylko wiary i modlitwy.
- Tak.- gorzko zadrwił Valdivia- Wiary, że nasi potrafią dotrzymać pola i modlitwy, by nie uciekli przy pierwszym wystrzale.
- Brak ci wiary, pułkowniku.
- Niech waszmość wybaczy, ale zgubiłem ją gdzieś między Chile a Limą. Przynajmniej tą jej część, która tyczy się Pizarra. Znam go od lat i wiem co potrafi. Do walki z nim przydałoby się coś więcej poza wiarą w Boga.
- Bóg pochylał karki większych potęg.- uśmiechnął się łagodnie Gasca wznosząc oczy ku niebu i śmiało ruszył ku dolinie.
- On naprawdę wierzy, że Pizarro się opamięta?
- Taka jego rola.- wzruszył ramionami Hinojosa- Naszym obowiązkiem jest zarzynanie owieczek, a jego modlitwa o ich zbawienie. Niech każdy z nas robi to, co potrafi najlepiej. Wolę, żeby się modlił za Pizarra, niż szukał wśród nas heretyków. 

Sospiatra- artykuł w "Czwartym Wymiarze"

Drodzy Czytelnicy,

zapraszam do lektury miesięcznika „Czwarty Wymiar”. W marcowym numerze znajdziecie mój tekst zatytułowany: „Sosipatra- grecka filozofka i jasnowidząca”.

Sosipatra to jedna z tych niezwykłych kobiet, o których warto pamiętać. Żyła w IV wieku n.e. (około 300-350 r.), była filozofką, zwolenniczką neoplatonizmu, sofistką, mistyczką i jasnowidzem.

IV wiek n.e. to czas, kiedy ludzie odwracali się już od wiary w bogów, a filozofia- tak niegdyś ceniona i uznawana za królową wszelkich nauk- stała się tylko połączeniem nauki, ignorancji, przesądów oraz udawanego mistycyzmu. Uznaniem cieszyli się prawie wyłącznie sofiści. Byli to ludzie wykształceni, niebywale elokwentni, którzy potrafili udowodnić niemal każdą przedstawioną im teorię. Często występowali jako obrońcy lub oskarżyciele podczas sądów, można by więc uznać ich za prekursorów adwokatów i prokuratorów. Powróćmy jednak do naszej bohaterki. 

niedziela, 14 lutego 2016

Fragmenty jednej z powieści

Galla Placydia, Walentynian i Honoria
Wspominałam już wcześniej, że w planach na przyszłość mam dwie powieści. 
Postanowiłam podzielić się z Wami krótkimi fragmentami jednej z nich.


Fragment rozdziału 1

            Sine pasma mgieł snuły się jeszcze w dolinach niczym zabłąkane dusze zmarłych, ale na malownicze wzgórza, na których wznosiło się Faesulae docierały już pierwsze promienie słońca. Niezwykły zapach azalii i oleandrów rosnących wzdłuż wznoszącej się coraz wyżej drogi unosił się dookoła, ale nie robiło to żadnego wrażenia na grupie ludzi zdążających w kierunku willi znajdującej się na końcu kamiennego traktu. Pośród nich wyróżniał się jeden- krępy mężczyzna odziany w ciemnoczerwoną tunikę i płaszcz przetykany u dołu srebrzystą nicią. Ponaglał nieustannie pozostałych, jakby lękał się, iż przybędzie za późno. Wreszcie nieliczna grupa stanęła przed dwuskrzydłową bramą. Kilka uderzeń pięścią rozległo się głuchym echem po dziedzińcu z całą pewnością budząc niepokój mieszkańców owego domostwa. Odpowiedziała im jednak cisza. Nie usłyszeli żadnej odpowiedzi; nie zgrzytnęły zasuwy otwieranej bramy… Niepokój odbił się na pochmurnych twarzach mężczyzn. Odwrócili się, czekając na decyzję najdostojniejszego z nich.
- Co robić, panie?- zapytał jeden z nich, odruchowo sięgając do ukrytego pod płaszczem miecza.- Szukać innego wejścia?
- Może ich uprzedzono?- wtrącił drugi, podnosząc wzrok na wysoki mur z bloków piaskowca otaczający posiadłość.
- Nie sądzę.- mruknął i gdy rozstąpili się przed nim podszedł bliżej. Ponownie uderzył kilkakrotnie pięścią w bramę. Jego głos, silny i dźwięczny musiał dotrzeć do mieszkańców- W imieniu pana całej ziemi pod słońcem, najchwalebniejszego Walentyniana zawsze Augusta rozkazuję wam otwierać!
            Ponownie odpowiedziała mu cisza. Tym razem niepokój odbił się także i na jego twarzy. Orzechowe oczy pociemniały, a rysy stężały od tłumionego gniewu. Wyprawa była przygotowana w najwyższej tajemnicy, więc albo w najbliższym otoczeniu Herakliusza byli szpiedzy augusty, albo uchodzący za pozostającego w konszachtach z diabłem senator Calpurniusz w jakiś sposób dowiedział się o przedsięwzięciu i ostrzegł Fulwię. Już miał wydać rozkaz wyłamania bramy, gdy usłyszał zgrzyt odsuwanych zasuw. A jednak… Nie wszystko jeszcze było stracone. 
            Po chwili brama skrzypnęła i w wąskiej szparze ukazała się blada twarz odźwiernego. Mężczyzna obrzucił stojących wzgardliwym wzrokiem i krótko zapytał:
- Kto wy? Macie jakieś uwierzytelnienia?
- Arbicjan, sługa pana wszystkich spraw ludzkich cezara Augusta, wysłannik magistra offici…- odparł podając zwój pergaminu.
- Wystarczy.- uciął krótko i wziąwszy do ręki list, zamknął przed wysłannikami bramę.

Starościanka Hanna, co nie chciała Szweda

W roku pańskim 1655 szwedzkie oddziały dotarły na ziemie Wielkopolski. Ci, którzy postanowili stawić opór niezwyciężonym rajtarom, wycofali się na zamek w Gołańczy. Tam bowiem organizowano obronę przed nieprzyjacielem. Jednakże poza żołnierzami gotowymi do walki na śmierć i życie, za bezpiecznymi murami schronili się także ci, którzy umykali z palonych wiosek i plądrowanych miejscowości. Ulice zapełniły się rychło kobietami, dziećmi i niezdolnymi do walki starcami.
            Szwedzi dotarli pod zamkowe mury i zamknęli obrońców w żelaznym pierścieniu oblężenia. Mijały dni znaczone przelaną krwią i ofiarnością. Topniały zapasy prochu, zaczynało brakować żywności. Obrońcy, którzy dotąd zamierzali bronić się do upadłego  z coraz większym zwątpieniem i lękiem spoglądali po sobie i na niewzruszone szwedzkie zastępy.
- Azaliż mówi się, że oni są niezwyciężeni…- szeptali między sobą, gdy z trudem odparli kolejny szturm na mury.
- Kule się ich nie imają, czy z martwych powstają? Powiadam ci, diabelskie to sztuczki…
- Milczeć!- przerwał im starosta, który od jakiegoś czasu rozważał poddanie zamku, by ocalić chociaż tych najsłabszych- Spróbuję zawrzeć z nimi układ.
            Daremne były protesty obrońców. Starosta postanowił wcielić w czyn swoje zamierzenia. Dowiedziała się zaś o tym jego córka Hanna i wybiegła mu naprzeciw, gdy szedł w stronę zwodzonego mostu.
- Ojcze!- krzyknęła, zagradzając mu drogę- Nie pójdziesz beze mnie!

niedziela, 7 lutego 2016

Życie

Życie... Na pozór to bardzo proste słowo, ale w rzeczywistości zawiera w sobie nie tylko zdolność oddychania i funkcjonowania organizmu, bijące serce oraz umysł, dzięki któremu potrafimy myśleć, analizować i podejmować konkretne decyzje. Życie to bowiem pełne spektrum świata, który chłoniemy całym swoim jestestwem. Mawia się niekiedy, że nasze ciała zawierają duszę. Nie, to my jesteśmy duszą- piękną, wieczną i nieskończoną, zawierającą w sobie wszelką mądrość i istotę Boga. I to właśnie dusza zamieszkuje wybrane ciało, zaś do nas należy dbać o to, by czuła się w nim jak najlepiej. Nie możemy zapominać, że jesteśmy tutaj tylko na chwilę, a życie trwa bardzo krótko. Mamy więc szansę przeżyć je jak najlepiej, zbierając doświadczenia, kierując się tym co dobre- nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Nasza dusza dostrzega zaś to, co piękne i wyjątkowe, w każdej chwili, która jest zaledwie mgnieniem oka.
Niestety, zapominamy o tym zbyt często, skupiając się na tych gorszych chwilach i cierpieniu oraz szukając problemów. Może warto czasami spojrzeć na swoje życie przez barwny pryzmat wszechwiedzącej duszy i wrażliwego serca: radować się ulotnymi chwilami szczęścia, które niczym barwne motyle muskają skrzydłami nasze życie tak, jakby przypominały o radości i o tym, co nam umyka. Żadna chwila już się nie powtórzy. Sam świat nie jest zły. To ludzie często go takim stwarzają. Możemy to choć odrobinę zmienić. Wystarczy, że odnajdziemy w sobie zapomniane piękno; spróbujemy wnieść światło tam, gdzie na pierwszy rzut oka widzimy tylko ciemność.