"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie"

(Carlos Ruiz Zafon- Cień wiatru)

niedziela, 14 lutego 2016

Fragmenty jednej z powieści

Galla Placydia, Walentynian i Honoria
Wspominałam już wcześniej, że w planach na przyszłość mam dwie powieści. 
Postanowiłam podzielić się z Wami krótkimi fragmentami jednej z nich.


Fragment rozdziału 1

            Sine pasma mgieł snuły się jeszcze w dolinach niczym zabłąkane dusze zmarłych, ale na malownicze wzgórza, na których wznosiło się Faesulae docierały już pierwsze promienie słońca. Niezwykły zapach azalii i oleandrów rosnących wzdłuż wznoszącej się coraz wyżej drogi unosił się dookoła, ale nie robiło to żadnego wrażenia na grupie ludzi zdążających w kierunku willi znajdującej się na końcu kamiennego traktu. Pośród nich wyróżniał się jeden- krępy mężczyzna odziany w ciemnoczerwoną tunikę i płaszcz przetykany u dołu srebrzystą nicią. Ponaglał nieustannie pozostałych, jakby lękał się, iż przybędzie za późno. Wreszcie nieliczna grupa stanęła przed dwuskrzydłową bramą. Kilka uderzeń pięścią rozległo się głuchym echem po dziedzińcu z całą pewnością budząc niepokój mieszkańców owego domostwa. Odpowiedziała im jednak cisza. Nie usłyszeli żadnej odpowiedzi; nie zgrzytnęły zasuwy otwieranej bramy… Niepokój odbił się na pochmurnych twarzach mężczyzn. Odwrócili się, czekając na decyzję najdostojniejszego z nich.
- Co robić, panie?- zapytał jeden z nich, odruchowo sięgając do ukrytego pod płaszczem miecza.- Szukać innego wejścia?
- Może ich uprzedzono?- wtrącił drugi, podnosząc wzrok na wysoki mur z bloków piaskowca otaczający posiadłość.
- Nie sądzę.- mruknął i gdy rozstąpili się przed nim podszedł bliżej. Ponownie uderzył kilkakrotnie pięścią w bramę. Jego głos, silny i dźwięczny musiał dotrzeć do mieszkańców- W imieniu pana całej ziemi pod słońcem, najchwalebniejszego Walentyniana zawsze Augusta rozkazuję wam otwierać!
            Ponownie odpowiedziała mu cisza. Tym razem niepokój odbił się także i na jego twarzy. Orzechowe oczy pociemniały, a rysy stężały od tłumionego gniewu. Wyprawa była przygotowana w najwyższej tajemnicy, więc albo w najbliższym otoczeniu Herakliusza byli szpiedzy augusty, albo uchodzący za pozostającego w konszachtach z diabłem senator Calpurniusz w jakiś sposób dowiedział się o przedsięwzięciu i ostrzegł Fulwię. Już miał wydać rozkaz wyłamania bramy, gdy usłyszał zgrzyt odsuwanych zasuw. A jednak… Nie wszystko jeszcze było stracone. 
            Po chwili brama skrzypnęła i w wąskiej szparze ukazała się blada twarz odźwiernego. Mężczyzna obrzucił stojących wzgardliwym wzrokiem i krótko zapytał:
- Kto wy? Macie jakieś uwierzytelnienia?
- Arbicjan, sługa pana wszystkich spraw ludzkich cezara Augusta, wysłannik magistra offici…- odparł podając zwój pergaminu.
- Wystarczy.- uciął krótko i wziąwszy do ręki list, zamknął przed wysłannikami bramę.

            Gniew ogarnął stojących pod bramą mężczyzn. Rozległy się groźne pomruki niezadowolenia i przekleństwa. Sam Arbicjan z trudem nad sobą panował. Nikt dawno nie upokorzył go tak okrutnie, każąc czekać niczym zwykłemu słudze. On, przedstawiciel samego władcy musiał znosić traktowanie godne byle gońca miast od razu zostać poprowadzonym do pani tej willi, ostatniej kapłanki Angerony. Nie zamierzał puścić tej zniewagi w niepamięć, nie zamierzał darować tej hańby.
            Po jakimś czasie jednak ponownie zaskrzypiały zdejmowane zasuwy i brama otworzyła się na oścież. Odźwierny stanął z boku, by przepuścić cesarskich wysłanników.
- Pani Fulwia raczy was przyjąć.- rzekł tylko- Czeka w tablinum.
            Arbicjan rzucił mu wyzywające spojrzenie, ale nie dostrzegł wyrazu twarzy- sługa opuścił bowiem wzrok. Ciężkie, żołnierskie kroki zachrzęściły na wysypanym żwirem dziedzińcu. Nie uszło to bacznej uwadze kręcących się wokół ludzi. Padły wymieniane między sobą spojrzenia, jakieś krótkie uwagi w niezrozumiałym języku- bynajmniej nie należącym do żadnego z germańskich plemion służących imperium. Niepokój towarzyszący Arbicjanowi od samego początku tej wyprawy narastał z każdą chwilą.
- Myślisz, panie, że to wyłącznie niewolni?
- Nie sądzę. Nie dałbym głowy, że wśród nich nie ma i dawnych legionistów. Herakliusz uprzedzał, że Fulwia może być chroniona z rozkazu Honorii. Na wszelki wypadek miejcie baczenie na wszystko. Nie wierzę sługom wilczycy.
- Tak jest, panie.
            Pewnym krokiem zbliżyli się do wysokich dwuskrzydłowych drzwi zdobnych obiciami z brązu, które otworzyły się przed nimi jakby pchnięte niewidzialną ręką. Tuż przed nimi otwierało się atrium. Wyłożona mozaiką posadzka tworzyła geometryczny wzór, biegnący wokół kwadratowego basenu wypełnionego wodą. Nic nie mąciło spokojnej toni tak, że przechodząc obok widzieli własne odbicia. Znajdujące się naprzeciwko drzwi do tablinum, były uchylone. Arbicjan skinął na swoich ludzi.
- Zaczekajcie. Spróbuję sam z nią porozmawiać.
- A jeśli…- zaniepokoił się jeden z towarzyszy.
- Nie uczyni tego.
            Podszedł do drzwi i pchnął je na oścież. Spokojne dotąd serce zaczęło bić niespokojnie. Pamiętał wszak Fulwię sprzed lat- z czasów, gdy mieszkała jeszcze w Rzymie i była jedną z najbliższych przyjaciółek siostry cezara- Justy Gratii Honorii. Do dziś pamiętał jej zawsze  nieskazitelnie białe szaty i starannie upięte włosy ozdobione wplecionymi w nie selenitami. Czy ją wówczas kochał? Sam nie był pewien, jak można było nazwać to uczucie. Jakże bowiem mógł kochać kobietę nieosiągalną i zimną niczym posągi zdobiące cesarskie pałace? A jednak myśl o niej zawsze sprawiała, iż jego serce nawykłe do wykonywania najbardziej niewdzięcznych zadań, przyspieszało swój zwykły rytm. Z tego też powodu próbował uniknąć tego zadania. Daremnie jednak. Doradca wiecznego Augusta- Herakliusz doskonale wiedział, iż jak nikt inny nadaje się do tej misji. Arbicjan otrząsnął się szybko. Nie po raz pierwszy przecież wypełniał takie rozkazy. Jakaś niegodna słabość podżegana przez złe moce, którym służyła Fulwia nie mogły go powstrzymać. Tu chodziło o przyszłość imperium i dobro Rzymu.
- Dobro Rzymu… - usłyszał niespodziewanie własne myśli- Czy właśnie to cię tutaj sprowadza, szlachetny Arbicjanie, sługo cezara Walentyniana?
            Ten głos poruszył go do głębi. Rozejrzał się niespokojnie dookoła. Dopiero teraz ją zobaczył. Siedziała na kamiennej ławce przy oknie i wpatrywała się w niego nieruchomym wzrokiem. Mimo upływu lat nie zmieniła się wiele. Dumna i niedostępna już swoja postawą wymuszała szacunek. Rysy wprawdzie utraciły dawną łagodność, ale pozostały nadal piękne- jakby wykute dłutem mistrza w marmurze. W czarnych jak heban włosach, poza selenitami połyskiwały srebrzyste pasma. Nie odbierały jej jednak uroku. Arbicjan z trudem przełknął ślinę, by wydobyć z siebie głos. 
- Tak, pani. Dobro Rzymu…
- W imieniu którego jesteś zdolny zabijać?
- Ależ pani…- próbował zaprzeczyć, ale gestem ręki skłoniła go do zamilknięcia.
- Arbicjanie, nie bądźmy dziećmi. Znam twoją profesję, wiem w jakim celu wysyłają cię z Rzymu.
- Nic nie rozumiesz, pani. Nie o ciebie tu chodzi.
- Ach, nie o mnie?- łuki jej brwi uniosły się, a w brązowych oczach zabłysło zdumienie- Zatem kogo szukasz w mej willi? Nie znajdziesz tu zdrady, bowiem nigdy nie zdradziłam wiecznej Romy. Pamiętaj, że to właśnie ja stoję na straży jej świętego imienia. Nie znajdziesz tu także zbiegów i zbrodniarzy, bowiem miejsce to nie jest azylem, w którym chronią się przestępcy.
            Wiedział, że w jej obecności nie ma sensu ukrywać prawdziwych intencji.
- Przybyłem tu, by poznać odpowiedź na kilka pytań.
            Tym razem uśmiechnęła się lekko. Złożyła dłonie na kolanach i spojrzała na jego twarz.
- Pytaj więc.
- Byłaś, pani przyjaciółką Justy Gratii Honorii…
- Augusty Honorii- poprawiła- Byłam, jestem i będę, Arbicjanie. Nigdy nie odwróciłam się od niej tak, jak niektórzy.
            Wyczuł ukrytą w jej słowach aluzję jednak udał, że jej nie dostrzega. Przeszedł przez tablinum jakby zbierał myśli i niespodziewanie zatrzymał się tuż przed nią. Nawet nie drgnęła.
- Byłaś przy Juście, gdy powiła dziecię zdrajcy Eugeniusza?
- Nawet je odebrałam.
- Gdzie więc ono jest? Nawet nie próbuj mi mówić, że zmarło, bo to kłamstwo Honorii. Wiemy o tym doskonale i mamy niepodważalne dowody. Wiemy też, że brałaś w tym udział.
            Tym razem zapadła cisza tak przenikliwa, że słychać było szum cyprysów rosnących w przyległym do willi ogrodzie.
Fulwia zrozumiała, że najpilniej strzeżony przez lata sekret został odkryty i nie miała wątpliwości, iż stał za tym potężny doradca cezara,Herakliusz. Nie miała też wątpliwości, że jedynym rozkazem jaki został wydany, było zabicie dziecka. Cień uśmiechu przebiegł przez jej twarz. Nie powinna była przecież się dziwić. Przez lata żyła w świadomości, iż wierni słudzy Walentyniana nie spoczną zanim nie upewnią się co do śmierci dziecka Augusty- iluzorycznego zagrożenia dla domu Flawiuszy i spodziewała się, że nastanie dzień, kiedy siepacze Herakliusza zapukają do jej drzwi. Jeśli jednak oczekiwali, iż dowiedzą się od niej czegokolwiek więcej, mylili się. Była wszak dziedziczką rodu zwycięzców wielu bitew; córką człowieka, który oddał życie w obronie Rzymu, gdy Wizygoci wkroczyli w jego święte progi; aż wreszcie ostatnią kapłanką Angerony Ancharii- Strażniczki Świętego Imienia Romy, Pani Śmierci i Powracającego Słońca, Pani Milczenia i Zachowanych Tajemnic. 
            Mimowolnie skierowała wzrok w stronę smukłych cyprysów, świętych drzew Disa, które miały ją w przyszłości powieść do grobu.  Z zadumy wyrwał ją głos Arbicjana.
- Zatem? Gdzie ono jest?- powtórzył z naciskiem, patrząc prosto w jej ciemne oczy. Miał nadzieję, że dostrzeże w nich strach czający się w źrenicach tych wszystkich, którzy swoimi czynami zagrażali jedności imperium. Daremnie jednak.
            Fulwia podniosła się z miejsca, nie spuszczając wzroku z twarzy Arbicjana. Uniosła wolno dłoń i położyła mu palec na ustach.
- Jestem kapłanką, Arbicjanie. Kapłanką bogini, która jest strażniczką świętego imienia Romy i jej dzieci… Pamiętaj, że także dziecię zrodzone z Augusty jest dziecięciem Romy. Reszta zaś jest milczeniem i jeno w nim możesz odnaleźć prawdę.
            Zirytowany odtrącił gwałtownie jej rękę. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania.
- Pani, opamiętaj się. Służysz demonowi i to demon przez ciebie przemawia!
- Nic nie wiesz o demonach, Arbicjanie. Angerona strzegła Romy zanim przyszedł wasz Bóg; zanim jego symbole wyparły święte znaki naszych bóstw.
- Pani! Bluźnisz! Pan tej ziemi, cezar Walentynian…
- Cezar Walentynian nigdy nie będzie panem naszych serc. Może nakazywać wiarę w jednego Boga, może wydawać kolejne dekrety, ale nie zdoła wyprzeć z naszych serc bóstw, w które wierzyli nasi przodkowie. Nie zdołał tego uczynić Konstantyn, nie zmusili nas do tego jego następcy. Nawet boski Teodozjusz przewidując kary za służenie dawnym bogom, pochwalając niszczenie świątyń i posągów nie zdołał zniszczyć tego płomienia, który tkwi w sercach wielu Rzymian…
- Zamilcz, pani!- krzyknął oburzony Arbicjan. Nie mógł nawet słuchać tych obrazoburczych słów- Wierzysz w przeklęte bałwany, które wiodą twoją duszę do zguby!
            Uśmiechnęła się łagodnie i cofnęła o krok. Promienie słońca, które wpadały do tablinum i złocistą smugą rozlewały się na posadzce oświetliły jej postać, igrając na białej palli, połyskując na wplecionych we włosy selenitach i rozjaśniając ciemne oczy wpatrzone w niego z mocą, jaką dać mogła tylko niezachwiana wiara. Serce Arbicjana zacisnął dziwny żal. Rozkazy były jasne, nie mógł sobie pozwolić na słabość. A jednak… Po raz pierwszy zwątpił. Czyż bowiem ta kobieta mogłaby narazić Rzym na niebezpieczeństwo? Czyż mogłaby- nawet błądząc w wierze- wystąpić przeciwko jedynemu panu, władcy tej ziemi i spraw ludzkich, Walentynianowi?
            Otrząsnął się jednak. Honoria także nie wyglądała na wroga imperium, a jednak to ona sprowadziła przed laty Hunów Attyli, którzy zagrozili władzy Jedynego Augusta. Przypomniał sobie w porę słowa Ojców Kościoła, którzy właśnie w kobiecie dostrzegali największe zagrożenie. Fulwia była zaś nieodrodną córą Ewy, wodząc go na pokuszenie i skłaniając do niewykonania zadania. Westchnął ciężko.
- Pani, nie lekceważ mych słów. Nie przybyłem tu dla przyjemności rozmowy z tobą, lecz po wiadomości, od których zależeć może przyszłość rodu Flawiuszów.
- Otrzymałeś już odpowiedź, Arbicjanie. Innej nie uzyskasz.- odpowiedziała cicho.
- Jednak nalegam.
            Patrzył na nią z nieskrywanym żalem i niezrozumiałym bólem w sercu. Nie chciał mieć na rękach jej krwi. Nie chciał być tym, który pchnie ją w objęcia śmierci. Gdyby tylko mógł, padłby jej do stóp prosząc, by przemyślała swe słowa. Dziecko zdradzieckiej siostry cezara i zbrodniczego Eugeniusza nie było wszak warte tak wielkiego poświęcenia. (…)
           
Fragment rozdziału 2

            Flawiusz Placydiusz Walentynian August liczył lat trzydzieści pięć. Był to niewysoki lecz postawny mężczyzna o wąskiej twarzy, bladej cerze i dużych, z lekka zaokrąglonych oczach. Krótkie, ciemne włosy miał zaczesane gładko, by złota wstążka ozdobiona perłami była jak najbardziej widoczna. Jego odzienie stanowiła błękitna tunika haftowana złotą nicią w liście akantu i purpurowy płaszcz spięty na ramieniu fibulą.
Stał teraz przy dużym, łukiem zwieńczonym oknie wspaniałego pałacu Flawiuszów na Palatynie i spoglądał na leżące u jego stóp, nadal bijące serce miasta. Widok, jaki się jednak rozpościerał był żałosny, Rzym- niegdyś stolica świata zdobyty przed czterdziestu laty przez Wizygotów nie zdołał tak naprawdę dźwignąć się z upadku. Choć odbudowano wiele budowli zaś przy innych trwały nadal prace, wciąż w okolicach Forum Romanum czy Amfiteatru Flawiuszów zalegały smętne ruiny, potrzaskane bloki marmurów i kawałki posągów. Z tych miejsc bez żenady zabierano materiał budowlany i resztki zdobień na wspaniałe wille dostojników. Mieszkańców zaś, którzy po owej germańskiej zawierusze powrócili do dawnego życia nadal straszyły ponure zgliszcza świątyń i amfiteatrów, których nikt nie odbudowywał. Niegdyś pełne ludzi zionęły teraz pustką, a ciszę jaka tam panowała- tak podobną do ciszy zapomnianych cmentarzysk- zakłócały niekiedy odgłosy grasujących szczurów i psów lub śmiechy złoczyńców i ladacznic. Jedynie oni bowiem mieli na tyle odwagi, by wchodzić na teren tych potępionych przybytków. 
            Władca, choć starał się zachować niezmącony niczym spokój, bardzo boleśnie odczuwał upadek stolicy. Wprawdzie osobiście wolał bogatą i pogodną Rawenną, lecz sercem czuł się Rzymianinem i dziedzicem potężnych imperatorów, którzy z imieniem Romy na ustach, nieśli legionowe orły aż po granice świata. Była to już jednak daleka przeszłość… Dawno prześniony sen i westchnienie poetów- jakże niepodobne do rzeczywistości. On natomiast musiał żyć w tej rzeczywistości i dźwigać na skroniach ciążący mu często diadem. Targały nim zresztą sprzeczne uczucia. Choć cezarem Augustem był już blisko trzydzieści lat, to dopiero od czterech- od śmierci ukochanej matki Galli Placydii- tak naprawdę rozpoczął samodzielne rządy. Choć przysługiwał mu tytuł imperatora, jego imperium kurczyło się z dnia na dzień nieustannie nękane przez hordy barbarzyńców, którzy wydzierali sobie strzępy ziemi niby wilki upolowaną zwierzynę. Choć był wodzem, liczyć się musiał z potęgą dowódców poszczególnych legionów, z których każdy mógł ogłosić się władcą- uzurpatorem… Każdy, a w szczególności ten jeden patrycjusz, zwierzchnik wszystkich armii Aecjusz.
Walentynian na pamięć znał plotki i szydercze żarty ze swej bezsilności. Kim więc był tak naprawdę? Marną figurką ubraną w purpurę i ciężki diadem wysadzany perłami? Zabawką w rękach barbarzyńskich królów i potężnego Aecjusza? A może zakładnikiem władcy wschodniej części imperium Marcjana, który pewną ręką żołnierza sprawował rządy w Konstantynopolu? Nie! Czuł się mężczyzną; władcą, który potrafi silnie i stanowczo dzierżyć w dłoniach ster państwa i pokierować nawę do bezpiecznego portu podczas najsroższych burz miotających nią jak łupiną orzecha. Takim widziała go matka i takim był w głębi serca. Na przeszkodzie stał tylko jeden człowiek: ten, który niejednokrotnie już okazywał lekceważenie dla jego woli, a w zuchwalstwie posuwał się do granic zdrady. Cezar wiedział doskonale, że musi działać; uprzedzić cios skierowany w ród Flawiuszów i wymierzyć sprawiedliwość. Tego właśnie wymagała od niego nie tylko godność Rzymianina, ale przede wszystkim obowiązek Augusta. A jednak się wahał… Wprawdzie nienawiść wobec Aecjusza skrywał od wielu lat, ale rozumiał, że wódz- choć nazbyt ambitny- jest potrzebny imperium. To jego miecz od lat skutecznie chronił granice przed kolejnymi najazdami. Czy jednak Walentynian mógł udawać, iż nie dostrzega jego samowoli i układów z barbarzyńskimi królami? Czy mógł pozwolić, by każdy, nawet najbardziej zdradziecki czyn osłaniał lakonicznym oświadczeniem „dla dobra Rzymu”? Jak wyglądało to rzekome „dobro Rzymu” nie wyjaśniał zaś nigdy.
            Jakby przez mgłę, dotarły do niego z oddali czyjeś mocne i stanowcze słowa.
- Najdostojniejszy panie, musisz pozbyć się tego człowieka w przeciwnym razie osadzi swego syna na twoim tronie.
            Walentynian drgnął. Dopiero teraz przypomniał sobie, iż nie jest sam w tej olbrzymiej sali wyłożonej posadzką z różowego marmuru. Wezwał przecież na naradę dostojników, by pomogli mu podjąć najtrudniejszą z decyzji. Odwrócił się powoli i spojrzał na doradcę noszącego zaszczytny tytuł przełożonego świętej sypialni, a będącego zwierzchnikiem wszelkiej służby w pałacu i jego najbliższym doradcą.
            Był to eunuch o słusznym wzroście i dużej tuszy. W jego rumianej, okrągłej twarzy lśniły mocą żywe, ciemne oczy. Miał na sobie białą szatę aż sztywną od naszytych klejnotów. Gdy zauważył wzrok władcy pokłonił się nisko, choć z wyraźnym wysiłkiem.
- Czy aby macie pewność, Herakliuszu?- zapytał Walentynian, na pozór zupełnie obojętnym tonem.
- O tak, panie tej ziemi. To nie jest pierwszy raz, gdy ostrzegamy przed wiarołomnością i żądzą władzy tego… tego…- dostojnikowi zbrakło nagle słowa na określenie winowajcy.
            Cezar jakby nie dostrzegł wzburzenia doradcy. Spokojnie odwrócił głowę i spojrzał na barwne malowidło ścienne przedstawiające wielką bitwę Konstantyna z uzurpatorem Maksencjuszem na Moście Mulwijskim. Wprawdzie podziwiał ów fresk już wielokrotnie, lecz tym razem nabrał on nader symbolicznego znaczenia. Aecjusz- podobnie jak Maksencjusz w każdej chwili mógł obwołać się Augustem i sięgnąć po purpurę. Wojsko poszłoby za nim- w tym względzie nikt nie miał wątpliwości. Dlatego nie mógł bezczynnie oczekiwać ataku. On musiał uderzyć pierwszy, by przetrwać… by zachować ród Flawiuszów… Pomimo tego, dla podkreślenia dotychczasowej życzliwości wobec wodza odpowiedział powoli, kładąc nacisk na każde słowo.
- Patrycjusz Aecjusz był zawsze miły naszemu sercu…
- Masz rację, Auguście, był.- zręcznie podchwycił senator Patrycjusz Maksymus, który stał nieco na uboczu, wsparty o jedną z czterech kolumn podtrzymujących strop.
            Bez zmrużenia oczu wytrzymał płomienne spojrzenie jakie mu posłał władca, a jego gładko ogolona twarz o silnie zarysowanych kościach policzkowych i orlim nosie nawet nie drgnęła. Choć przekroczył już  sześćdziesiąty rok życia trzymał się prosto, a jego postać przybrana w tradycyjną togę z purpurowym szlakiem budziła szacunek. Był to zresztą jeden z najwybitniejszych i najzamożniejszych dostojników, komes świętej szczodrobliwości i zarządca cesarskiego skarbu za panowania Honoriusza, przez lata prefekt Rzymu i prefekt pretorium Italii. Słowa, które wypowiadał w senacie były na wagę złota i zwykle trafnie przedstawiały sytuację.
            Walentynian skinął mu łaskawie ręką.
- Mów.
- Mój syn Palladiusz, który z waszej woli panie jest zastępcą komesa domestyków jest pewien, że Flawiusz Aecjusz wraz z prefektem pretorium Boecjuszem spotkali się kilka dni temu, by omówić plan przejęcia władzy.
            Ciszę, jaka zapadła po tych słowach przerwało pogardliwe parsknięcie.
- Wybacz mi najdostojniejszy Auguście, lecz nie zmilczę…- wtrącił nieoczekiwanie dźwięczny głos drugiego z  senatorów- To nie twoi doradcy, panie, a zgoła triumwirat wrogów Aecjusza.
- Nie przesadzasz, Anicjuszu?- burknął Maksymus, spoglądając z ukosa na rówieśnika władcy, który w niedbale przerzuconej przez ramię todze i z włosami opadającymi na kark w misternie ułożonych lokach wyglądał bardziej na patrycjuszowskiego syna chcącego pokazać się w poważnym towarzystwie.
- Bynajmniej- odparł, spoglądając na wszystkich czarnymi oczyma- Głową tego triumwiratu jest Herakliusz, choć śmiem twierdzić, że ów zacny mąż pewnym być może jedynie tego czy jadł aby wieczerzę. Co zaś się tyczy owych ostrzeżeń… Nie będę chyba złośliwy, Petroniuszu, jeśli przypomnę jak ledwo rok temu ostrzegaliście cezara przed najazdem Torysmunda i to w czasie, gdy jego los był już dawno przesądzony. Wszyscy już wówczas wiedzieli, że jego bracia ostrzyli miecze  w Tolozie, by posłać nieszczęśnika w  zaświaty.  Tylko wy mieliście swoje pewne informacje. Ot ile warte…
- Tym razem to zupełnie inna sprawa.- wtrącił stojący w głębi komes domestyków, który nawet podczas tej prywatnej rozmowy nie rozstawał się z pancerzem i mieczem.
- Tak, inna… Tylko skutki mogą być gorsze. O ile mnie pamięć nie myli, to swoje stanowisko również zawdzięczasz Aecjuszowi?
- Anicjuszu!- tym razem Maksymus podniósł głos i wbił wzrok w szczupłą twarz senatora.
- Czyżbym nie mówił prawdy? Dziwię się tylko, że bierzesz w tym udział, Petroniuszu. Poza tym podziwiam za odwagę… Wszak z twych słów wynika, że Palladiusz był obecny wśród owych niegodziwców, którzy planowali zamach na świętą osobę naszego władcy. Odpowiadasz za czyny swego syna, a zatem… Czyżbyś i ty błądził?
            Walentynian nie zamierzał przerywać tej polemiki. Mimowolnie jednak uniósł dłoń ku twarzy, by ukryć lekki uśmiech. Anicjusz Olibriusz słynął z ciętego języka i kiedy tylko miał ku temu sposobność, zabierał głos. Ten niezwykły talent do wprawiania w zażenowanie najwyższych dostojników bawił także władcę Wschodu Marcjana, który traktował go niemal jak przyjaciela i podczas licznych misji dyplomatycznych do Konstantynopola, nigdy nie kazał mu długo czekać na posłuchanie.
            Nieco inne zdanie mieli obecni, gdyż Herakliusz zaczerwienił się aż po koniuszki uszu, a urażony w swej dumie Petroniusz Maksymus odpowiedział mu z wyraźną pogardą w głosie.
- Ja i mój syn zawsze stoimy u boku naszego władcy. Nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy ludźmi Aecjusza.
- A czy ja oskarżam?- zapytał Anicjusz, rozkładając ramiona- Byłem tylko ciekaw skąd Palladiusz wie o tym spotkaniu.
- Od dowódcy buccellarii Aecjusza.
- Twojego bratanka?- uśmiechnął się drwiąco. Widząc jak Maksymus marszczy brwi, dodał szybko- W takim razie żadnego spisku nie było, bo Aecjusz nie informowałby o tym własnych żołnierzy. Najwyraźniej spotkał się z Boecjuszem dla czystej przyjemności ucztowania.
- Ale spotkali się tam bez mojej wiedzy i zgody!- wtrącił posępnie Walentynian, któremu zaczęła już ciążyć ta dyskusja.
            Herakliusz spiesznie podchwycił te słowa. Jak nikt znał tłumioną od lat nienawiść Walentyniana do wodza i nie zamierzał zmarnować okazji do jej ujawnienia.
- Już to dowodzi zdradzieckich planów. Poza tym racz pamiętać, panie, że Aecjusz ma żal od czasu gdy wasza szczodrobliwość nie podjęła rozmowy o zaręczynach swej córki  jego synem…
- Tak, Placydia…- zamyślił się na chwilę Walentynian i spojrzał niepewnie na Anicjusza.
- Aecjusz chce opanować tron i skoro nie udało mu się wejść do rodziny, gotów będzie przelać świętą krew Flawiuszów.- kontynuował Herakliusz.
            Tym razem jednak Walentynian machnął lekceważąco ręką. Sprawa, do której nieustannie powracał jego doradca, zaczynała go już nużyć. Powoli opuścił swoje miejsce przy oknie i przeszedł przez salę. Ciężko usiadł na krześle z wysokim. Obojętnym wzrokiem popatrzył na twarze doradców.
- Sprawa małżeństwa waszych córek, najdostojniejszy Auguście, jest sprawą imperium. Aecjusz nie zrezygnuje, skoro widzi szansę na najprostszą drogę do purpury.
            Twarz władcy spochmurniała w jednej chwili, a szczęki zacisnęły się w mimowolnym skurczu. Zamknął oczy, by spojrzenie nie zdradziło jak bardzo dotknęły go te słowa. Miał dwie córki: Eudokię zaręczoną na mocy starego traktatu z wandalskim królewiczem i Placydię, stanowiącą jeszcze łakomy kąsek dla patrycjuszy. Była także zbyt ambitna siostra Honoria, która już niejeden raz próbowała osłabić jego władzę… Brakowało mu natomiast następcy, młodego cezara, który by objął po nim rządy nad imperium. On zaś nie mógł dopuścić do tego, by ród Flawiuszów stał się po jego śmierci kolejną legendą Rzymu.  (…)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz