Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.

(Johann Wolfgang Goethe)

W 2010 roku zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Z kobiety aktywnej zawodowo stałam się osobą niepełnosprawną z czterokończynowym niedowładem. Każdy dzień to dla mnie walka o tę część sprawności, która mi pozostała. Dewiza Karola V „PLUS ULTRA” (Wciąż dalej) jest moim mottem. Tylko dzięki Wam mogę iść wciąż dalej, podnosić się po każdej stoczonej bitwie i pisać – właśnie dla Was.

APEL

niedziela, 26 października 2014

Znaczenie i symbolika kwiatów- już wkrótce

Dante Alighieri napisał kiedyś: „Trzy rzeczy zos­tały z ra­ju: gwiaz­dy, kwiaty i oczy dziecka.” Ten post pragnę poświęcić jednej z tych rzeczy, a mianowicie kwiatom, które nie tylko radują nasze serca swoim pięknem, ale od wieków są także symbolami. Używano ich niegdyś w religii, heraldyce oraz jako ukryty język miłości. Nasi przodkowie nader chętnie korzystali z tej przebogatej skarbnicy, by poprzez kwiaty prowadzić rozmowy, a niekiedy i flirty z ukochanymi. Takie dialogi nabierały wówczas aury niezwykłości i romantyzmu; szczególnie, gdy zamiast listu wybranka serca również odpowiadała urokliwym kwiatem. Wszak odpowiednio dobrane zastępowały słowa, przyprawiały obdarowaną osobę o szybsze bicie serca, lub skłaniały do łez. W ten urokliwy sposób nawet najbardziej nieśmiała osoba mogła wyrazić swoje najskrytsze uczucia.
„Mowa kwiatów” była bardzo popularna zwłaszcza w epoce wiktoriańskiej. My jednak zachowaliśmy jej pozostałości. Czerwone róże do dziś kojarzą się nam z miłością i często wręczane są ukochanej dziewczynie, zaś chryzantemy składamy na grobach tych, którzy odeszli jako symbol wieczności . 
Wprawdzie pisałam już o mowie kwiatów, lecz ograniczyłam się wówczas wyłącznie do symboliki przy ich wręczaniu. Tutaj zamierzam uwzględnić znaczenie kwiatu w relacjach między ludźmi, jak również w ogólnej symbolice i w snach. Niektórym z nich poświęcę w przyszłości oddzielne posty, ich symboliczne znaczenie jest bowiem warte bliższej uwagi. Myślę, że warto przypomnieć sobie ów sekretny język kwiatów i roślin, ponownie odkryć jego tajemnice. 

Już wkrótce szczegółowe opracowanie...

sobota, 25 października 2014

Szczęśliwi i błogosławieni

Kilka słów na ten październikowy wieczór:

Błogosławieni, którzy umieją się z siebie śmiać;
Ich radość nie będzie miała końca.
Błogosławieni, którzy potrafią powiedzieć: małe, a cieszy”;
Oszczędzone im będzie wiele trudu.
Błogosławieni, którzy wiedzą, jak odpuścić, nie czekając na przeprosiny;
Oni kroczą ścieżką mądrości.
Błogosławieni, którzy wiedzą, kiedy ucichnąć i słuchać;
Oni dowiedzą się wielu nowych rzeczy.

Październik- miesiąc wróżb, modlitw i duchów

Miesiąc ten jest często nazywany złotym skarbcem przyrody, lub klejnotem roku. Można by się zastanowić jaka jest tego przyczyna. Tymczasem odpowiedź jest nader prosta. Październik to przecież miesiąc, w którym liście nabierają kolorów, a dojrzała ziemia obdarowuje nas resztą plonów, zanim jak co roku pogrąży się w zimowym śnie. Nie braknie też pięknych, słonecznych dni i choć chłód coraz bardziej zaczyna nam doskwierać, to jednak wciąż mamy w sobie energię lata. Mimo to mamy już świadomość jesieni: pełnej barw i kontrastów, niepokojącej porywami wiatru, złocącej się w promieniach słońca,  zachwycającej kolorowymi liśćmi tańczącymi nad ziemią, przyciągającą uwagę kroplami deszczu i przesiąkniętej zapachem ziemi.
Czas ten sprzyja także tym, którzy są spragnieni miłości- właśnie w tym miesiącu mają szansę na prawdziwe szczęście.

NAZWA
           
            Nazwa październik wywodzi się od paździerzy, czyli skórek, które pokrywają włókna konopi i lnu. Właśnie w tym miesiącu odpadają one od łodyg, podczas ich gniecenia. Warto bowiem wiedzieć, iż w tym czasie pracowano właśnie przy ich obróbce.
Miesiąc ten nazywano także często winnikiem, bo właśnie wówczas rozpoczynano winobranie.

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO DUSZ

            Październik to miesiąc, w którym pajączki nadal snują swoje srebrzyste nici, a wiatr porywa je i roznosi niemal wszędzie. To babie lato, które jest nierozłączną częścią naszej pięknej, złotej jesieni. W średniowieczu wierzono, że są to pozdrowienia i błogosławieństwa ze strony dusz tych, którzy już odeszli. Stąd też wzięło się przeświadczenie, iż nie wolno zabijać pająków. Traktowano je bowiem jako pośredników między niebem a ziemią. 

Woda królowej Elżbiety

Królewna Elżbieta (1305-1380) była córką Władysława Łokietka i Jadwigi- córki Bolesława Pobożnego, księcia kaliskiego. Jak mawiali współcześni, nie była pięknością. Nikt nie miał więc wątpliwości, że król Węgier Karol Robert ożenił się z nią wyłącznie ze względów politycznych. Nie spodziewał się jednak, że jego żona z czasem zmieni się w prawdziwą piękność. Sekret jej młodego i pięknego wyglądu tkwił zaś w pewnym specyfiku, o którym przez długi czas mawiano tylko szeptem. Aqua Reginae Hungaricae okazała się zaś wspaniałym tonikiem dla zanieczyszczonej i zmęczonej cery. Dziś może ją przygotować każdy. 

Królewna Elżbieta, która miała zostać żoną króla Karola Roberta  pod koniec czerwca 1320 roku wraz z licznym orszakiem wyruszyła więc na Węgry. Już w Nowym Sączu przywitali ją panowie węgierscy, którzy towarzyszyli jej odtąd w dalszej drodze. W Bardiowie oczekiwał ją sam narzeczony, u którego boku wjechała do Budy. Tam 6 lipca 1320 roku została żoną Karola Roberta. Wkrótce w Białogrodzie nastąpiła też koronacja młodej królowej.

I wówczas stała się rzecz niezwykła. Królowa Elżbieta nie tylko stała się pięknością, ale roztaczała wokół siebie tak niezwykłą atmosferę, że zaczęli do niej wzdychać liczni panowie. Nawet kiedy osiągnęła sędziwy jak na owe czasy wiek (a żyła 74 lata), kronikarze odnotowywali skrupulatnie, że wyglądała o 20, 30 lat młodziej niż miała w rzeczywistości.

Jesienne plany

Przepraszam za tak długi okres milczenia. Zdaję sobie sprawę, że od lipca nie pojawił się żaden wpis na blogu, ale postaram się to nadrobić w najbliższym czasie.

Ot, problemy dnia codziennego zajmują niekiedy tyle czasu, iż nie starcza go na pisanie. Powoli jednak zaczynam tak organizować sprawy, by wszystko znalazło się na właściwym miejscu. W końcu trzeba wrócić na właściwy kurs, niezależnie od tego, jak długo dryfowało się po morzu.

            Przez te trzy miesiące „blogowego” milczenia zdołałam jednak zrobić coś więcej, niż tylko wracanie do jako takiej formy zdrowotnej.