"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie"

(Carlos Ruiz Zafon- Cień wiatru)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Thomas Goetz, Cudowny lek

Thomas Goetz, Cudowny lek. Robert Koch, Ludwik Pasteur i prątki gruźlicy
Wydawnictwo: Znak Literanova
Kraków 2015
ISBN: 978-83-20-2727-9
Tłumaczenie: Rafał Śmietana
Liczba stron: 384

Opowieść o wielkim przełomie w medycynie i walce z najgroźniejszą chorobą świata
RYWALIZACJA DWÓCH WIELKICH NAUKOWCÓW O SŁAWĘ, PIENIĄDZE i PRESTIŻ
„Napływali do Berlina całymi dniami, tygodniami i miesiącami (…). Berlińczyków musiała zdumiewać ta istna pielgrzymka zombie: tłumy żywych trupów z całej Europy przybywały do ich miasta w poszukiwaniu czegoś, co oficjalnie jeszcze nie istniało”.
Pierwsze pogłoski o tym, że Robert Koch wynalazł cudowny lek na gruźlicę, ściągnęły na niemiecką stolicę prawdziwą inwazję chorych. Nieuleczalna choroba była w XIX wieku powodem jednej trzeciej wszystkich zgonów, więc zdesperowani ludzie pokonywali tysiące kilometrów w nadziei na ratunek. Jednak czy rzeczywiście lekarstwo Kocha było skuteczne?
Poszukiwaniom leku od lat towarzyszył wyścig między dwoma największymi naukowcami tamtych czasów. Robert Koch i Ludwik Pasteur, Niemiec i Francuz, skromny doktor z prowincji i zamożny badacz. Ich starciu przyglądał się inny lekarz – Arthur Conan Doyle, przyszły autor legendarnych powieści o Sherlocku Holmesie, który rozpaczliwie liczył na ocalenie życia swojej ciężko chorej żony.
Książka Thomasa Goetza to opowieść o wielkiej XIX-wiecznej rewolucji, dzięki której medycyna, dotychczas prymitywna, oparta w dużej mierze na zabobonach i półprawdach, zmieniła się w prawdziwą naukę.
Opis: Wydawnictwo Znak

Wiek XIX niezmiennie kojarzy się niemal wszystkim z wielką rewolucją przemysłową. Tymczasem, niejako w cieniu trwały badania i wielkie przełomy również w innych dziedzinach nauki- choćby w medycynie. Do tego czasu medycyna wciąż opierała się w głównej mierze na dawnych teoriach o morowym powietrzu, a do standardowych metod należało puszczanie choremu krwi i serwowanie ziół oraz różnego rodzaju maści i balsamów. Tymczasem i tu nastąpił przełom. Odkryto istnienie bakterii, które nazywano wówczas animalcula i zaczęto rozważać teorię, że to właśnie one są przyczyną wielu chorób. Lekarze przystąpili do prac badawczych, by pokonać medyczne zabobony, znaleźć leki, zdobyć uznanie, pieniądze i… sławę. Wszyscy, niezależnie od kraju czy specjalności w wielkim wyścigu poszukiwali leków na schorzenia, które zbierały żniwo w owych czasach. Największą plagą były zaś wówczas suchoty, które podstępnie, lecz nieuchronnie osłabiały organizm i prowadziły do śmierci. Cóż się dziwić, że każdy cień szansy na wynalezienie leku budził nadzieję setek i tysięcy ludzi? Życie jest wszak bezcenne, a człowiek bardzo często jest gotowy wydać majątek, by choć przez chwilę cieszyć się odrobiną nadziei.

Właśnie o tej nadziei i niekiedy rozpaczliwych poszukiwaniach leku na największe bolączki XIX wieku jest książka Thomasa Goetza „Cudowny lek”.  Wpisane są w nią trzy elementy ówczesnej nauki: pasja, rywalizacja i emocje (owa huśtawka nastrojów pomiędzy rozpaczą porażki a nadzieją i euforią, do której prowadzi sukces). Do tego dochodzi element wielkiej rywalizacji pomiędzy Robertem Kochem, który  w laboratorium pochyla się z zapałem nad bakteriami w poszukiwaniu tych, które odpowiadają za największą zarazę swoich czasów, a Ludwikiem Pasteurem szukającym odpowiednich szczepionek hamujących rozwój najgorszych chorób. Niejako w tle pojawia się jeszcze jeden lekarz, znany nam wszystkim Arthur Conan Doyle, autor nieśmiertelnego „Sherlocka Holmesa, który z nadzieją patrzy na wyniki ich badań. W końcu ma wiele do stracenia. Jego żona choruje na suchoty.

Powrót i podziękowanie

Na samym początku pragnę przeprosić za tak długie milczenie na blogu. Otóż przyczyna jest banalnie prosta. Zupełnie niespodziewanie dla mnie samej, pilnie musiałam iść do szpitala na operację. Wróciłam jednak, nieco zaskoczona tym, co działo się podczas mojej nieobecności. O szczegółach akcji przeprowadzonej podczas mojej nieobecności napiszę nieco później, gdy nabierze ona rozpędu.

W każdym razie już teraz dziękuję Paniom Wandzie Sewioł, Pani Ewie Bauer i Anonimowej Osobie, która nieoczekiwanie wsparła mnie w palącej kwestii, a także wielu innym Życzliwym Duszkom. Dziękuję także Pani Małgorzacie Felger, dyrektorowi wyjątkowej Fundacji dla osób z SM HELPFUL HAND, która wzięła mnie pod swoje skrzydła.

Mawia się, że Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać. Dziękuję za to anielskie wsparcie. Dzięki Wam przekonałam się, że cuda się zdarzają, a Przyjaciele pojawiają się tam, gdzie człowiek naprawdę potrzebuje wsparcia i pomocy.