"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie"

(Carlos Ruiz Zafon- Cień wiatru)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Praca nad powieścią



Wspominałam kiedyś, że czas najwyższy odłożyć legendy i wrócić do powieści. Potężny stos notatek, a nawet gotowych fragmentów leży więc od kilku lat na półkach w szafie i czasami przypomina o swoim istnieniu. Postanowiłam więc wreszcie po nie sięgnąć. Zebrane materiały dotyczą dwóch epok, a mianowicie mojego umiłowanego XVI wieku i imperium, "w którym słońce nigdy nie zachodziło" oraz schyłku cesarstwa rzymskiego. Część zdecydowałam się przeznaczyć na "projekt Niderlandy", o którym wspominałam w krótkiej biografii Aleksandra Farnese. Pozostałe to notatki dwóch powieści, osadzonych w odległych od siebie epokach. Mam nadzieję, że zdołam ukończyć obie. 

            Na początek postanowiłam skończyć książkę, której akcja toczy się w czasach wzmagającego się zamętu, gdy dotąd znany świat chwieje się i rozpada na oczach nieświadomych tego ludzi. Jednak w dogasających zgliszczach tego, co przemija wciąż jeszcze tlą się płomienie dawnej chwały. Jest to historia walki o władzę niszczącej wszystko, co staje na drodze; nienawiści głębszej niż piekielne otchłanie i miłości, która nie ułatwia znalezienia właściwej drogi. Jednak w cieniu skrywa się jeszcze dramat zerwanych więzi z dawną wiarą i rozpaczliwe pragnienie zachowania tego, co już zostało skazane na zagładę.     



To zaś mały fragment:



Sine pasma mgieł snuły się jeszcze w dolinach niczym zabłąkane dusze zmarłych, lecz pierwsze promienie słońca oświetlały już malownicze wzgórze, na którym wznosiło się Faesulae. Dookoła unosił się zapach azalii i oleandrów, rosnących wzdłuż wznoszącej się coraz wyżej drogi. Piękno okolicy nie robiło jednak wrażenia na grupie ludzi zmierzających w kierunku willi, znajdującej się na końcu kamiennego traktu. Wśród nich wyróżniał się jeden- krępy, niewysoki, odziany w czerwoną tunikę i ciemny płaszcz. Nieustannie ponaglał pozostałych do szybszego marszu, jakby lękał się, iż przybędzie za późno.
            Kiedy wreszcie stanęli przed bramą, skinął niecierpliwie ręką. Jeden z jego towarzyszy kilkukrotnie uderzył pięścią w odrzwia. Rozległo się głuche echo i zapadła ciężka, pełna wyczekiwania cisza. Z dziedzińca nie docierały bowiem żadne odgłosy. Niepokój odbił się na pochmurnych twarzach mężczyzn. Odwrócili się, czekając na decyzję najdostojniejszego z nich.
- Co robić, panie?- zapytał jeden z nich, odruchowo sięgając do ukrytego pod płaszczem miecza- Szukać innego wejścia?
- Może ich uprzedzono?- wtrącił drugi, podnosząc wzrok na otaczający posiadłość wysoki mur z bloków piaskowca.
- Nie sądzę.- mruknął i podszedł bliżej. Ponownie uderzył pięścią w bramę. Jego głos, silny i dźwięczny musiał dotrzeć do mieszkańców- W imieniu pana całej ziemi pod słońcem, najchwalebniejszego Walentyniana zawsze Augusta rozkazuję wam otwierać!
Odpowiedziała mu cisza. Tym razem niepokój odbił się także i na jego twarzy. Orzechowe oczy pociemniały, a rysy stężały od tłumionego gniewu. Wyprawa była przygotowana w najwyższej tajemnicy, więc albo w najbliższym otoczeniu Herakliusza byli szpiedzy augusty, albo senator Calpurniusz, o którym mawiano, że pozostaje w konszachtach z diabłem dowiedział się o wszystkim i ostrzegł Fulwię. Już miał wydać rozkaz wyłamania bramy, gdy usłyszał zgrzyt zasuw. A jednak… Jeszcze nie wszystko było stracone. 
            Po chwili zaskrzypiały zawiasy i ktoś uchylił bramę. W wąskiej szparze ukazała się blada twarz odźwiernego. Mężczyzna obrzucił stojących wzgardliwym wzrokiem i zapytał:
- Kto wy? Macie jakieś uwierzytelnienia?
- Arbicjan, sługa pana wszystkich spraw ludzkich cezara Augusta, wysłannik magistra offici.- odpowiedział, podając trzymany w ręku zwój.
- Wystarczy.- uciął krótko i wziąwszy do ręki list, zamknął bramę.
            Gniew ogarnął stojących pod bramą mężczyzn. Rozległy się przekleństwa i groźne pomruki niezadowolenia. Sam Arbicjan z trudem nad sobą panował. Już dawno nikt nie ośmielił się tak okrutnie go upokorzyć, każąc czekać niczym zwykłemu słudze. On, przedstawiciel samego władcy musiał znosić traktowanie godne byle gońca, miast od razu zostać poprowadzonym do pani tej willi. Nie zamierzał puścić tej zniewagi w niepamięć.
            Po jakimś czasie jednak ponownie zgrzytnęły zasuwy i brama otworzyła się na oścież. Odźwierny stanął z boku, by przepuścić cesarskich wysłanników.
- Pani Fulwia zechciała was przyjąć.- rzekł tylko- Czeka w tablinum.
            Arbicjan rzucił mu wyzywające spojrzenie, ale nie dostrzegł wyrazu twarzy- sługa bowiem spiesznie opuścił wzrok. Przez głowę cesarskiego wysłannika przebiegła myśl ile w tym geście było rzeczywistej pokory, a ile chęci ukrycia oblicza. Nie zatrzymywał się jednak. W tej chwili miał ważniejsze zadanie do wykonania.
Ciężkie, żołnierskie kroki zachrzęściły na wysypanym żwirem dziedzińcu. Nie uszło to bacznej uwadze kręcących się wokół ludzi. Arbicjan dostrzegł wymieniane między sobą spojrzenia i jakieś krótkie uwagi w niezrozumiałym języku- bynajmniej nie należącym do żadnego z germańskich plemion służących imperium. Towarzyszący mu od początku wyprawy niepokój narastał z każdą chwilą.
- Myślisz panie, że to wyłącznie niewolni?
- Nie sądzę. Nie dałbym głowy, że wśród nich nie ma i dawnych żołnierzy. Herakliusz uprzedzał, że Fulwia może być chroniona z rozkazu Justy. Na wszelki wypadek miejcie baczenie na wszystko. Nie wierzę sługom wilczycy.
- Tak jest, panie.
            Pewnym krokiem zbliżyli się do wysokich drzwi zdobnych obiciami z brązu, które otworzyły się nagle, jakby pchnięte niewidzialną ręką. Tuż przed nimi otwierało się atrium. Wyłożona mozaiką posadzka tworzyła geometryczny wzór, biegnący wokół wypełnionego wodą kwadratowego basenu. Nic nie mąciło spokojnej toni tak, że przechodząc obok widzieli własne odbicia. Znajdujące się naprzeciwko drzwi były uchylone. Arbicjan skinął na swoich ludzi.
- Zaczekajcie. Porozmawiam z nią.
- A jeśli…- zaniepokoił się jeden z towarzyszy.
- Nie uczyni tego.
            Podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. Spokojne dotąd serce zaczęło bić niespokojnie. Wciąż przecież pamiętał Fulwię sprzed lat- z czasów, gdy mieszkała w Rzymie i była jedną z najbliższych przyjaciółek siostry cezara- Justy Gratii Honorii. Jej wyjątkowa uroda, nieskazitelnie białe szaty i starannie upięte włosy ozdobione selenitami zwracały wówczas uwagę niemal wszystkich. Nie był jedynym, który ją kochał, ale właściwie czy można to było nazwać miłością? Jakże bowiem mógł darzyć uczuciem kobietę nieosiągalną i zimną niczym posągi zdobiące cesarskie pałace? Jakże mógł okazywać słabość wobec kapłanki służącej demonom, które niegdyś uważano za bóstwa? Mimo to, ledwo myśl o niej zawsze przyspieszała bicie jego serca, a każde spojrzenie odciągało uwagę od najistotniejszych spraw. I chociaż był człowiekiem, który wykonywał najbardziej niewdzięczne zadania, tej misji lękał się jak żadnej innej. Nie mógł zawieść władcy, ale nie wiedział, jak zachowa się w obliczu kobiety, której nie widział od tak wielu lat. Otrząsnął się jednak szybko. Przeszłość nie mogła kłaść się cieniem na jego służbie i powstrzymywać go od wykonywania rozkazów. Tu chodziło o przyszłość imperium, o dobro Rzymu.
- Dobro Rzymu… - usłyszał niespodziewanie własne myśli- Czy właśnie to cię tutaj sprowadza, szlachetny Arbicjanie?
            Jej głos poruszył go do głębi. Rozejrzał się niespokojnie dookoła i dopiero teraz ją dostrzegł. Siedziała na ławce przy oknie i wpatrywała się w niego nieruchomym wzrokiem. Mimo upływu lat nie zmieniła się wiele. Dumna i niedostępna, już swoja postawą wymuszała szacunek. Rysy wprawdzie utraciły dawną łagodność, ale pozostały nadal piękne- jakby wykute mistrzowskim dłutem w marmurze. W czarnych jak heban włosach połyskiwały nie tylko selenity, ale i liczne srebrzyste pasma, które jednak nie obierały jej uroku. Arbicjan z trudem oderwał od niej wzrok i przełknął ślinę, by odpowiedzieć. 
- Tak, pani… Dobro Rzymu.
- W imieniu którego jesteś zdolny zabijać?- dopytywała.
- Ależ pani!- próbował zaprzeczyć, ale gestem ręki skłoniła go do zamilknięcia.
- Arbicjanie, nie bądźmy dziećmi. Znam twoją profesję, wiem w jakim celu wysyłają cię z Rawenny. A może nasz władca przeniósł się wreszcie do Rzymu?
- Nic nie rozumiesz, pani. Nie chodzi tu o ciebie.
- Ach, nie o mnie?- łuki jej brwi uniosły się, a w brązowych oczach zabłysło zdumienie- Zatem kogo szukasz w mej willi? Nie znajdziesz tu zdrady, bowiem nigdy nie zdradziłam wiecznej Romy. Pamiętaj, że to właśnie ja stoję na straży jej świętego imienia. Nie znajdziesz tu także zbiegów i zbrodniarzy, bowiem miejsce to nie jest azylem, w którym chronią się przestępcy.
            Wiedział, że w jej obecności nie ma sensu ukrywać prawdziwych intencji.(...)


          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz