Potykając się można zajść daleko, nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.

(Johann Wolfgang Goethe)

W 2010 roku zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Z kobiety aktywnej zawodowo stałam się osobą niepełnosprawną z czterokończynowym niedowładem. Każdy dzień to dla mnie walka o tę część sprawności, która mi pozostała. Dewiza Karola V „PLUS ULTRA” (Wciąż dalej) jest moim mottem. Tylko dzięki Wam mogę iść wciąż dalej, podnosić się po każdej stoczonej bitwie i pisać – właśnie dla Was.

APEL

środa, 3 kwietnia 2013

Opowiadania w "Filantropie"

Sprawy osób niepełnosprawnych są bardzo bliskie mojemu sercu. Z ogromną przyjemnością przekazałam więc kilka opowiadań tym, którzy nie boją się pisać o niepełnosprawności, przybliżają problemy, angażują się w działania na rzecz integracji i zachęcają do kreatywnego działania. Na łamach miesięcznika „Filantrop naszych czasów” znajdziemy ciekawe artykuły i felietony na temat kwestii związanych z ON, odetchniemy przy lekturze poezji i prozy oraz bliżej poznamy sylwetki ludzi, którzy mimo ograniczeń idą naprzód, zdobywają szczyty i angażują się w różne działania. 

Warto bowiem pamiętać, że twórczość- jakiejkolwiek dziedziny by nie dotyczyła- nie zależy wcale od sprawności bądź jej braku, ale od umiejętności postrzegania świata, wrażliwości duszy i serca.

Od lutego można tam przeczytać także moje teksty. Poniżej przedstawiam Wam  fragmenty dwóch opowiadań.


GWIAZDA
(Fragment)
Dawno, dawno temu, w niewielkiej wiosce mieszkał pewien chłopiec o oczach niebieskich niczym niebo w pogodny dzień. Na imię mu było Dalibor i rzeczywiście, daleki był wszelakim sporom. Ludzie mawiali, że jest szalony i znacząco pukali się w czoła na jego widok. Dlaczego tak się działo? Chłopiec był bowiem inny. Inny niż jego rówieśnicy. Zamiast bawić się jak inne dzieci, z niecierpliwością oczekiwał zmierzchu. Dopiero wówczas, gdy słońce znikało za horyzontem, uśmiech pojawiał się na jego licach, a rumieńce na twarzy. Wymykał się wówczas chyłkiem z domu i biegł na łąkę pachnącą upojnie, grającą setkami cykad ukrytych wśród traw. Siadał tam wprost na ziemi i cierpliwie czekał aż mrok ogarnie całą okolicę. Jego serce biło niespokojnie, w nadziei na to, że chmury się rozproszą, a na aksamitnym płaszczu nocy pojawią się gwiazdy. Dalibor bowiem ukochał je ponad wszystko: ponad rówieśników, bliskich, a nawet własną rodzinę. Usiane gwiazdami niebo było dla niego całym światem; zaś każdy dzień oczekiwaniem na kolejną noc. Wpatrując się w owe lśniące światła- tak dalekie od ziemi, a jednak tak bliskie jego sercu- zastanawiał się czym są i co tak naprawdę pragną przekazać śmiertelnym. Wszak nie bez powodu mrugały; nie bez powodu, co jakiś czas któraś z nich leciała ku ziemi. Stare kobiety we wsi mawiały, iż w chwili, gdy spada gwiazda, rodzi się dziecko z dwiema duszami; mędrcy opowiadali, że to duchy snujące się po nieboskłonie, lub dusze zmarłych przodków czuwający nad żywymi.
On jednak wciąż miał wątpliwości. Gwiazdy nie były przecież nigdy ludzkimi istotami, nie miały w sobie tchnienia życia. Czasami zdawało mu się, iż to pochodnie zapalone przez bogów, by rozjaśnić mroki nocy i rozproszyć strach przed nieznanym. Im dłużej się jednak zastanawiał, tym więcej pojawiało się pomysłów, wątpliwości i złudzeń. Był jednak pewien jednego- tego, że czuje jakąś niezrozumiałą więź z tymi płonącymi chłodnym ogniem iskrami światła pośród mroków nocy. (…)
(Filantrop, nr 2/2013)

RACŁAWA
(Fragment)
Zapadał zmierzch. Ostatnie promienie słońca, niczym krwawa poświata zabarwiły wodę na wpół zarośniętego jeziora, którego toń wydawała się niewzruszona. Czasami tylko jakiś pojedynczy liść oderwał się od gałęzi i wirując spadał, tworząc rozchodzące się kręgi. Siedząca na brzegu dziwna postać o krępym ciele porośniętym rudawym włosem i dużych piersiach zwisających aż na wydatny brzuch, wpatrywała się w ów taniec nieruchomym wzrokiem. Długie, proste włosy opadały na twarz, w której uwagę zwracały wąskie oczy o żółtawych źrenicach.
Mawia się, że szum opadających liści jest najcichszym szeptem natury i ona najwyraźniej słyszała każde wypowiedziane przezeń słowo, rozumiała jego znaczenie. Kołysała się miarowo w tym rytmie, którego echo odnaleźć można w biciu serca i pulsowaniu krwi w żyłach. W ten właśnie sposób usypiała trzymane w ramionach niekształtne dziecko o cienkich kończynach i dużej głowie, porośniętej gęstą szczeciną. Kwiliło żałośnie, lecz coraz ciszej i ciszej pogrążając się w błogim śnie. Gdy tylko zasnęło, ułożyła je troskliwie pośród miękkiej trawy i wstała.
Zeszła wprost do jeziora, stając po kostki w chłodnej wodzie. Przez chwilę spoglądała jeszcze na niebo czerwieniejące się po tym, jak życiodajne słońce zniknęło już za horyzontem. Cienie powoli zaczynały wypełzać ze wszystkich zakątków lasu. Wielkimi krokami zbliżała się ciemna, złowroga noc. W oddali ozwał się puchacz- znać, że Boruta jak każdego wieczoru zmienił postać, by z wysokości sprawdzić swoje rozległe władztwo. Po chwili z pobliskiego drzewa sfrunął ptak o jasnobrązowych piórach z ciemnymi plamkami. Na okrągłej głowie zwracały uwagę pęczki piór, zaś wielkie zaokrąglone skrzydła szybko przecinały powietrze. Ogromne, pomarańczowe źrenice na mgnienie oka zatrzymały się na zgarbionej postaci przy jeziorze. Przeleciał jednak tuż nad jej głową i usiadł gdzieś wśród gałęzi wielkiego dębu. Rozległo się głośne pohukiwanie. 
Zaszumiały cicho liście poruszone nieco gwałtowniejszym podmuchem wiatru. Drgnęła niespokojnie, czujna niby zwierzę. Przez chwilę zdało się jej, że liście zaśpiewały:
- Racła…wa…. Racła…wa….
Zamyśliła się. Jej usta poruszyły się bezgłośnie, starając się powtórzyć dawno nie słyszane, a przecie tak jej niegdyś bliskie słowo.
- Racła… wa… Racła…wa… Racława!
Pamięć zdała się w owej chwili ostrzem zimnego sztyletu. Ból, który przeszył jej serce był zbyt potężny, by nie wyrwać z ust jęku. Wszak słyszała to słowo nie jeden raz… Wołano ją przecież tym mianem, lecz bardzo dawno temu… Kiedy w jej żyłach płynęła jeszcze krew, a w piersi biło serce. Opuściła wzrok wpatrując się w swoje odbicie w wodzie.
Stało się jednak coś dziwnego. Srebrzysta mgła otuliła jej postać i zamiast ohydnej istoty porosłej włosami dojrzała nagle kobietę o rudych włosach, łagodnym uśmiechu i jasnej twarzy naznaczonej licznymi piegami, które śmiertelni czule nazywają pocałunkami słońca. Jej drobna postać odziana w szaro-niebieską suknię nie skrywała ciąży. Instynktownie, opiekuńczym gestem osłaniała brzuch, w którym rozwijało się nowe, jakże umiłowane życie.
            Zamarła z wrażenia. Dłonie o długich palcach i ostrych pazurach przypominających krogulce niemal instynktownie powtórzyły ów pełen troski gest. Jej brzuch był jednak zupełnie płaski. Nie było w nim tego życia, do którego miłość czuła tak silnie, jeszcze w owym czasie gdy nie mogła go ujrzeć. Postać w jeziorze zamgliła się jednak i rozpłynęła, niknąc wśród drobnych fal na wodzie. W wąskich oczach pojawiły się łzy… Łzy zrodzone ze wspomnień i bólu, którego nie zapomniała nawet po tak wielu latach jakie minęły od czasu, gdy przestała być kobietą. (…)
(Filantrop 3/2013, 4/2013)

Opowiadanie „Gwiazda”- nr 2/2013
Opowiadanie „Racława” (część 1)- nr 3/2013
            Opowiadanie „Racława” (część 2)- nr 4/2013



Zachęcam do bliższego zapoznania się z całym miesięcznikiem oraz działaniami fundacji „Filantrop”. Być może lektura przybliży wam świat osób niepełnosprawnych, ukaże ich w zupełnie innym świetle i sprawi, że słowo integracja nabierze zupełnie innego wyrazu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz